Sama o sobie :-)

Jestem
Zbieram
Tropię
Kocham

Te cztery słowa charakteryzują moje życie zawodowe. Mnie.

Jestem…

licencjonowanym przewodnikiem turystycznym i pilotem wycieczek.

I jako taki – mam dość szerokie uprawnienia – bo i na Gdańsk-Sopot-Gdynię, i Toruń, i dwa województwa: Pomorskie i Warmińsko-Mazurskie ( i wbrew wszelkim zasadom – piszę to z dużej litery – z Fascynacji i Miłości dla obu), i Zamek w Malborku, i Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, itd…itd… Jestem też pilotem wycieczek.

Mam uprawnienia Instruktora Przewodnictwa PTTK, długo szkoliłam przyszłych przewodników licencjonowanych. Byłam też członkiem państwowej komisji egzaminacyjnej (dla licencjonowanych przewodników miejskich i pilotów turystycznych) przy Marszałku Województwa Pomorskiego.

Zbieram… cegły.

Cegły gotyckie zazwyczaj, bo specjalizuję się w czasach Prus tak Krzyżackich jak i Królewskich. Zbieram cegły – bo potrafią opowiedzieć historię i sprawić, by mury odsłoniły tajemnice.

Tropię… Tutivillusa.

Nie jest to najłatwiejsze zadanie, ale gwarantuje przygodę. O Tutivillusie – piszę w innym miejscu.

Kocham… to co robię.

Poświęcając się przewodnictwu, zyskałam przywilej wstawania do pracy z przyjemnością. Bo to nie tylko zawód, to także powołanie. I hobby. Niewielu ludziom jest dany taki luksus. Prócz tego szkolę nowych przewodników; uczę czytać mury, obrazy i symbole; oprowadzam po miejscach serdecznych…

Zarażam pasją.

Prowadzę “dochodzenia” rodzinne, genealogiczne; trochę piszę, trochę też maluję, i niemal “nałogowo” robię zdjęcia.

A prywatnie?  Prywatnie jestem szczęśliwą osobą.

Gdańszczanka…

Acha, 4 października 2013  otrzymałam Odznakę Honorową za Zasługi dla Turystyki :)

(powszechnie zapanowała histeria na temat plików cookies, i należy wszystkich o nich informować – jakby tego nikt nie wiedział lata temu… ja też chyba powinnam dać stosowną informację. Ale, że nie umiem zamieścić łącza do stosownej automatycznej informacji – TUTAJ jest odnośnik do strony wordpress.com na ten temat)
no i jeszcze jedna formalność: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/3.0/
Published in: on 26 Sierpień 2009 at 21:22  Comments Off on Sama o sobie :-)  
Tags:

Gdańsk śladami legend i duchów – O diable z Bramy Wyżynnej

Jest w Gdańsku wiele miejsc z mroczną historią. Jest też wiele legend nie napawających radością.  Jak każde miasto o długim rodowodzie tak i Gdańsk ma swój baśniokrąg wywodzący się z plotek, przekazów mniej lub bardziej rzetelnych, czy wreszcie ze sparafrazowanych kronik miejskich.

Profesor Jerzy Widacki powiedział (przy sposobności badań domniemanych szczątków Kniazia Jaremy na Św. Krzyżu), że z legendą się nie walczy, legendę się opowiada.

Zapraszam więc na spacer śladami legend po Gdańsku.

Kiedy wysiadamy z tramwaju na przystanku Brama Wyżynna, siłą rzeczy nasz wzrok pada albo na paskudny budynek dawnego LOTu, co może skutkować silnym wstrząsem natury estetycznej, albo na sąsiedni budynek o ciekawym boniowaniu, dziś mieszczącym Pomorskie Centrum Informacji Turystycznej.

Jako, że ten drugi budynek stanowczo ma więcej do „opowiedzenia”, przyjrzyjmy mu się dokładniej.

Jest to Brama Wyżynna. Brama strzegąca zachodniego wjazdu do miasta, otwierająca z tej strony Drogą Królewską. Jako, że na szczęście doczekaliśmy się wreszcie niezłego portalu o Gdańsku, nie muszę tu nudzić detalami historycznymi, bo o Bramie można przeczytać TUTAJ.

Nas interesuje legenda związana z budynkiem bramnym.

Otóż, działo się to dawno temu, a może wcale nie… Może wydarzyło się to w XVII wieku. Dość na tym, że pewnej mroźnej zimy tuż przed sylwestrową nocą straż przed bramą pełnił niejaki Kuba Dorsz. Czas mu się dłużył, dokuczał mróz, a przenikliwy wiatr przeciskał się przez zdawałoby się grube ubranie. Dodatkową torturą były odgłosy bawiącego się miasta, z wesołymi krzykami i muzyką płynącą niemal ze wszystkich domów.

Kuba czekał na zmianę warty niemal jak na zbawienie, przytupując i rozcierając zgrabiałe dłonie. Marzył mu się napitek gorący, albo po prostu mocny. Z tęsknotą przeczytał jedną z sentencji wykutych na zachodniej fasadzie bramy pod triadą herbową. Sentencja brzmi IUSTITIA ET PIETAS DUO SUNT REGNORUM OMNIUM FUNDAMENTA  – co znaczy: Podstawą wszystkich królestw są sprawiedliwość i pobożność. Rzeźbiarz jednak chcąc zmieścić tekst, „zawinął” go na całym gzymsie, i oczom patrzącego prosto ukazuje się nie cała sentencja, a tekst okrojony: RUM OMNIUM FUNDAMENTA. Było to zresztą stałym przedmiotem kpin i dowcipów w mieście. Teraz jednak Kubie nie do śmiechu było, wspomnienie ognistego smaku, aż mu się ślinka zbierała przywodząc gorzkie myśli. No bo jak tu być radosnym w taki wieczór, kiedy w domu zimno, siennik już dawno nie widział świeżego wsadu, a sakiewka z żołdem stale pokazywała dno. Jak tu myśleć o jakimkolwiek ustatkowaniu się, o rodzinie, o pomocy starym rodzicom na wsi…

Ech, westchnął Kuba i poirytowany swoim losem, zaklął siarczyście, kończąc przekleństwo wykrzykną jeszcze w mroźną ciemność: „i niech tę całą służbę diabli porwą”

Nagle coś obok niego zatrzeszczało, zaiskrzyło, snop iskier wzbił się w powietrze, zapachniało siarką, i oto stanął przed nim niewielki człowieczek w obszernym płaszczu, spod którego widać było surdut ze złotymi lamówkami, i spodnie wiązane purpurowymi kokardami. Mimo iż płaszcz był naprawdę obszerny i długi, wystawało spod niego człowieczkowi  kopytko, zamiast jednej nogi. Zaś kapelusz jaki miał ów przybysz na głowie, mimo, że nasunięty niemal na uszy, ledwo zakrywał rogi. Diabeł to był niewątpliwie.

Kuba zmarszczył brwi za zapytał przybysza co go sprowadziło do miasta o tak późnej porze. Ten skłonił się Kubie bardzo dworsko i odparł, że przecież sam go wzywał przed chwilą. „Oto jestem – dodał – gotów do służby”

Strażnik wcale się nie przestraszył, bo po przeżyciu paru bitew i wielu rejsów, już nic go nie było w stanie przerazić. Diabeł? a niechby i sam bies, grunt, że uwolni go od uciążliwej i nudnej służby. I może on, zwykły strażnik, znajdzie wreszcie czas na rozpoczęcie nowego życia. Z chęcią więc zaczął zdejmować swój „służbowy” strój, jednocześnie, „kątem oka” obserwował diabła. Ten zaś zza pazuchy wyjął dobrze zaostrzone gęsie pióro i rulon zaplamionego pergaminu. Rozwinął go z namaszczeniem, i spojrzał na Kubę.

– Wiesz co to jest? zapytał.

– No pewnie, odparł Kuba, każdy wie, że to cyrograf. Przecież spotkanie z diabłem nigdy nie kończy się inaczej.

– No właśnie, mruknął diabeł, podpisz mi tu acan, i możesz sobie iść, gdzie zechcesz.- to mówiąc podsunął pergamin pod nos wartownika.

Ten jednak powstrzymał biesa gestem dłoni, – Chwila, mości diable, muszę przeczytać, czego chcą ode mnie piekielne czeluści w zamian za moją wolność.

– No jak to czego – tego samego co zawsze – duszy. Diabeł mimowolnie zatarł dłonie.

– No dobrze… Kuba mamrotał czytając cyrograf wnikliwie – po czym szybko skaleczył się nożem, jaki zawsze nosił ze sobą, odkąd przy Bramie Nizinnej pobiło go paru obcych i nielegalnych żebraków, których osobiście wyganiał z miasta parę dni wcześniej. Kiedy z rany popłynęła krew, Kuba zażądał od diabła pióro, przyłożył go do rany, i na pergaminie dopisał koślawymi literami „ja Kuba Dorsz zgadzam się na warunki piekielne, za siedem lat wrócę, by oddać duszę. Przez te siedem lat Diabeł będzie za mnie pełnił służbę przy Bramie Wyżynnej na Prawym Mieście. Ale tylko ja będę mógł zwolnić go ze służby. Nikt inny nie ma do tego prawa. Nawet sam władca . Tylko ja, inaczej wszystko nieważne.” I zamaszyście się podpisał.

Diabeł poczekał aż podpis wyschnie, i zwinąwszy pergamin na powrót w rulon schował go ostrożnie za pazuchę. Następnie sięgnął po strój strażnika, i szybko się weń przebrał. Wyprostował się i rzekł do Kuby: „No, to idź i ciesz się wolnością, bo siedem lat minie jak z bicza trzasnął”

Młodzieniec nawet nie czekał aż Diabeł dokończy zdanie. Pobiegł, jak tylko mógł, najszybciej w stronę Żurawia. Nie czuł zimna, ani przenikliwego wiatru. Na szczęście, statek, który widział tu wczoraj stał jeszcze zacumowany. Odnalazł marynarza, z którym był zaprzyjaźniony jeszcze z czasów swojego pływania…

I tak zaczęła się długa, paroletnia przygoda Kuby Dorsza na morzu.

Legenda mówi, że dorobił się na rejsach niezłego majątku. A że z legendą się nie walczy – pozostaje nam w to uwierzyć ;)

Wrócił nasz śmiałek po siedmiu latach, mężniejszy, bogatszy nie tylko w doświadczenia i jeszcze bardziej hardy niż kiedyś. Schodząc ze statku, rozejrzał się po swoim Mieście, odetchnął „znajomym” powietrzem. Tu jednak oddycha się najlepiej, pomyślał. Dobrze mieć pieniądze i plany na przyszłość… I już wiedział, że nie wróci do wartowania przed Bramą. Jakąkolwiek bramą. Zanim jednak ruszył „zluzować” swojego niecodziennego zastępcę, na wszelki wypadek zawiesił sobie na szyi kupiony przed chwilą w warsztacie znajomego bursztynnika wisior z nieszlifowanego bursztynu. Według tradycji bowiem – bursztyn miał chronić od mocy piekielnych. W końcu stanął przed diabłem wciąż pełniącym straż przy zachodnim wjeździe do Miasta.

– No jesteś, ucieszył się bies. – Nudno tu, a i ludziska gapią się na mnie stale, i palcami wytykają. Czas najwyższy byś mnie zluzował. Zapraszam do , dokończył puszczając do niego szelmowskie oko.

Kuba stanął w bezpiecznej odległości od Diabła i powiedział: – Chętnie Cię zwolnię z posterunku. Ale – nie ciesz się tak mój kolego… Bo nie pójdę z tobą nigdzie.

– Jak to?! – wykrzyknął bies. – Przecież cyrograf podpisany!

– No tak, podpisany, ale przeczytaj dopisek, spokojnie odparł Kuba

Diabeł wyszarpnął pergamin zza pazuchy, rozwinął go i przeczytał na głos. – No jest że siedem lat… o co ci chodzi człowieku?

– Przeczytaj dopisek, odparł Kuba spokojnie.

Diabeł przeczytał i podniósł pytający wzrok na młodzieńca. A ten spokojnie odparł: – no zwolnię cię, ale tylko pod jednym warunkiem.

– jakim ? w głosie Diabła wyczuć można było niepokój

– Ano pod takim, że najpierw zniszczysz pergamin, odparł spokojnie nasz bohater.

– Co??????? zagrzmiał rogaty wartownik, aż ziemia zadudniła

– To co słyszałeś, inaczej będziesz tu stał do końca świata, uśmiechnął się Kuba

Zapadła cisza, w literaturze zwana ciężką. Diabeł drapał się po głowie, sapał, tupał nogą uzbrojoną w kopytko. Marszczył brwi – widać było że toczy wewnętrzną walkę.

Kuba wzruszył ramionami, – nie, to nie. Ja tam nie muszę cię wcale teraz zwalniać, bo wobec diabła nie muszę być uczciwy… Najwyżej sczeźniesz tu przy bramie, bo ja do Piekieł się nie wybieram. Decyduj, albo zniszczysz teraz, natychmiast mój cyrograf i odejdziesz wolny, szukać szczęścia gdzie indziej, albo zostaniesz tu na zawsze…

Diabeł ze złości aż tupnął nogą. Tą z kopytkiem. Kuba pozostał niewzruszony. W końcu po kolejnym ataku furii, wysłannik Piekieł podał cyrograf swojej niedoszłej ofierze. – Masz i udław się… mruknął

– O nie, Kuba pogroził mu palcem, – natychmiast to odwołaj, bo sobie pójdę, a ty zostaniesz…

Diabeł westchnął głęboko i z rezygnacją, – No dobrze, odwołuję to co powiedziałem, zniszcz cyrograf i daj mi odejść i żyj w spokoju. Wystarczy??

Młodzieniec kiwnął głową z uśmiechem i przy użyciu swojego nieodłącznego noża pociął cyrograf na drobne paseczki, po czym wrzucił je do kosza z rozpalonym ogniskiem. Poczekał aż wszystko się spali dokładnie, a następnie uroczyście zwolnił diabła ze służby. Ten rzucił się do ucieczki, ale Kuba go chwycił za kołnierz. – Hola, a uniform??? Bies szybko zrzucił ubranie strażnika, i po chwili zniknął.

Kuba Dorsz podniósł portki i kubrak z ziemi, odniósł dowódcy straży, przy sposobności zwalniając się ze służby. Dowódca trochę żałował – nie Luby, ale diabła, bowiem ponoć był świetnym strażnikiem, życzył Kubie szczęścia i wypłacił mu żołd diabła. Młodzieniec  zadowolony z siebie i z życia, oddalił się w głąb miasta, z postanowieniem rozpoczęcia nowego życia.

Tak kończy się legenda o sprytnym Kubie Dorszu i nierozgarniętym diable spod Bramy Wyżynnej.

I tylko czasem zimą, wieczorem, podczas śnieżycy, kiedy wieje przenikliwie zimny wiatr, można w okolicach Bramy ujrzeć zgarbioną figurę przestępującą z nogi na nogę.  Czy to ów Diabeł, który połakomił się na duszę Gdańszczanina, czy też to ktoś próżno czekający na umówione spotkanie?

Nie wiem, samemu trzeba sprawdzić.

Published in: on 19 Lipiec 2015 at 15:01  Dodaj komentarz  

Gdańsk śladami legend i duchów…

Ostatnie spotkanie z Panią Aleksandrą Kozłowską z Gazety Wyborczej Trójmiasto zainspirowało mnie do opisania Gdańska z jego baśniowej strony. Często można usłyszeć, że przewodnik powinien podawać  li tylko suche fakty i mówić o tym, co się widzi, a już tzw. sampizacja historii Gdańska jest niedopuszczalna.

Dla niewtajemniczonych: „sampizają” nazwano powoływanie się na zmarłego niedawno profesora Jerzego Sampa, którego świetne opowieści gdańskie zainspirowały niejednego miłośnika Gdańska do sięgnięcia po tzw. poważną naukową lekturę. Pomijam już fakt, że zwyczajnie Profesora lubiłam, za Jego wyjątkową życzliwość i absolutny brak zadęcia. On po prostu umiał pisać o historii (niełatwej przecież) Miasta. Robił to w taki, sposób, że prowokował do poszukiwań i własnych wniosków. Toteż nazywanie Jego pracy i twórczości „sampizają” wszyscy (licencjonowani przewodnicy gdańscy) uważaliśmy zawsze za głębokie niezrozumienie tak Gdańska jak i istoty Miasta.

Poza tym – warto pamiętać, że z metodycznego punktu widzenia, nic tak nie zniechęca słuchacza jak bombardowanie suchymi faktami. Co niejeden sam pamięta z lekcji historii choćby.

Poniższy mini serial o duchach i legendach jest więc naszym małym hołdem złożonym wyjątkowej postaci Profesora, jak i baśniokręgowi gdańskiemu.

Oczywiście, każdy pewnie zna owe legendy inaczej, bo i wersji jest całe mnóstwo. Pisali o nich różni autorzy, i każdy też dodawał coś od siebie. To jednak tylko wzbogaca zbiór Magii Miasta :)

Zapraszam więc na mini serial – śladami duchów i legend Gdańska.

1. O duchu komendanta z Przedbramia Ulicy Długiej (czyli popularnej Wieży Więziennej i Katowni)

2. O diable z Bramy Wyżynnej

3. O murarzu z Bramy Taczkarzy

4. O smoku z Dworu Bractwa Św. Jerzego

5. O pewnych mieszkańcach ulicy Długiej

6. O niedoszłym pielgrzymie z Mariackiego

Published in: on 16 Lipiec 2015 at 10:21  Dodaj komentarz  

Z cyklu Zaproszenia – Smakowicie – świątecznie – gałązkowo i zamkowo

https://scontent-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xpa1/t31.0-8/10959009_1015711588442821_7768792337207072943_o.jpg

„Tym obrazem autorstwa Mariusza Stawarskiego 10 kwietnia 2015 roku zainaugurujemy Wielkanocne Menu w restauracji Gothic na Zamku w Malborku.

Będzie żur, będzie biała kiełbasa, gotowana baba, pasztet, pieczona szynka w chlebie.

Wielkanoc będzie trwała na Zamku do końca kwietnia. Wszak to najradośniejsze święto w kalendarzu liturgicznym.

A bracia krzyżacy lubili okres Wielkiejnocy.

Zapraszamy”

Tak napisał Bogdan Gałązka na swoim profilu facebookowym.

A my już w blokach startowych :D

 *   /   *

Od lat, niemal od początku istnienia Gothic Cafe & Restaurant,  karmiona jestem (dosłownie ;) ) przez Mistrza Gałązkę. I nie wiem nawet często, co jem. Nie pytam. Grunt, że ładnie wygląda, pięknie pachnie, nie wspominając już o bogactwie smaku…

Lubię Bogdana za to, że kocha to co robi, ale też lubię Go za to, że zawsze znajdzie chwilkę dla mnie. Nawet kiedy ma Niesłychanie Ważnych Gości. Bo tak właśnie zachowuje się Wielki Człowiek. Każdego traktuje jakby ten był właśnie najważniejszą osobą na świecie :)

A tak poza tym, lubię Go za to, że Go mam, że jest Bogdanem Gałązką. Czasem w śmiesznej czapeczce, ale zawsze z dobrym uśmiechem :)

https://enroutepictures13.files.wordpress.com/2015/03/2-kopia.jpg

https://tourpoland.files.wordpress.com/2012/10/bogda-jagoda-mariusz1.jpg

O jedzeniu po żuławsku

Mam w rękach świetną, a przede wszystkim – smakowitą książkę.

Wydało ją Stowarzyszenie „Żuławy Gdańskie” (przy wsparciu Funduszy Europejskich).

To „Kuchnia Żuław„.

Publikacja jest swego rodzaju pokłosiem Powiatowych Konkursów Kulinarnych „Niebo w gębie, czyli przysmaki powiatu gdańskiego”, jakie organizowane są już od przeszło 9 lat. Ale w książce znalazły się również przepisy m.in. od Żuławiaków, którzy opuścili te tereny w roku 1946, i od tych, którzy Żuławiakami się stali po 1945 roku. Można więc powiedzieć, że każdy wniósł do książki swoje smaki, smaki swojego dzieciństwa, smaki zdobyte i odkryte, czasem wręcz zapomniane na długo.

Dla mnie, dla której, tak jak dla dawnych Żuławiaków: „najlepszą jarzyną jest mięso”, książka to prawdziwa uczta dla podniebienia. Przyznam, że nie wszystkie potrawy próbowałam, nie wszystkie też znam. Dlatego też to dla mnie bardzo ciekawa publikacja.

Miałam swój maleńki wkład w „tworzenie” książki. Otóż Elżbieta Skirmuntt-Kufel, Prezes Stowarzyszenia, poprosiła mnie bym wśród moich zaprzyjaźnionych Mennonitów rozpuściła wici w sprawie przepisów z ich żuławskiego dzieciństwa w Prusach. No i zaczęło się. Maile z opisem smakowitości, jakie zaczęły spływać do mojej skrzynki przyprawiały mój żołądek o skręt głodowy. Bardzo mi się podobała odpowiedź jednego z moich mennonickich Przyjaciół. Otóż napisał, że przeze mnie musieli z żoną przygotować przyjęcie dla całej rodziny (a te u Mennonitów są często bardzo liczne), tak by wypróbować przepisy przed przesłaniem ich do książki ;) No i w ten sposób, wyniki ich przygotowań również znalazły się w książce Eli.

Tak więc zachęcam do nabycia tej książeczki, bo na pewno wzbogaci kulinaria nie tylko tu, u nas, ale doskonale wpasuje się do każdego regionu, i zadowoli każde podniebienie. Przypominam, że powojenne Żuławy to ludzie z różnych zakątków Polski, więc każdy znajdzie coś dla siebie ;)

Published in: on 3 Marzec 2015 at 17:00  Comments (2)  

… I przeczytałam powieść

Nie lubię powieści, nie znoszę ckliwych babskich romansów i tej całej pseudo-psychologii rozlanej na kartkach papieru. Nie czytuję tych bzdetów, bo mi szkoda na to czasu ;)

Toteż, gdy dostałam od Izy mailem tekst jej opowieści, zmartwiłam się. Musiałam to przecież przeczytać, żeby móc cokolwiek powiedzieć na nowostawskim spotkaniu promocyjnym Jej książki. Tej właśnie… No i Autorka przecież oczekiwała ode mnie jakiejś opinii… Na dodatek – ja Izę bardzo lubię. Więc ze zgrozą już zaczęłam obmyślać jakąś dyplomatyczną recenzję, by Jej nie zrobić przykrości, a przy sposobności ocalić głowę i godność osobistą.

Otworzyłam tekstowy załącznik maila. Ukazał się tytuł: „Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica„.

No pięknie. Ciekawe, czego będzie więcej – pomyślałam – ducha, tajemnicy, czy mimo wszystko pokrzyw wokoło ;) Ale na początek – poczłapałam do kuchni, przygotowałam sobie wielki kubas kawy i… Zabrałam się za lekturę.

Kiedy w końcu zamknęłam ekran – poczułam łzy pod powiekami. Nie mam mokrych oczu i nie wzruszam się podczas czytania. No, ale tak na marginesie, trudno o wzruszenia podczas lektury organizacji życia na zamku krzyżackim, czy nad zastosowaniem cegły w gotyckiej architekturze Pomorza. Jedyne prawdziwe wzruszenia dopadają mnie kiedy dotykam cegłę znalezioną gdzieś w gruzach, czy też kiedy „przyjdzie” do mnie pocztą….

 A więc:

Książka Izy jest czysta, przepełniona miłością spokojną, mocną. Jest dobra. I w tym ostatnim słowie jest wszystko, co można zawrzeć w charakterystyce. Bo jak inaczej opisać towarzyszące lekturze uczucie spokoju, pogody ducha, i nagłego niezauważenia brzydoty własnej dzielnicy za oknem… No i do tego – uczucie niemalże namacalnej tęsknoty za Żuławami, za zapachem kwitnącego rzepaku, a nawet za zapachem rozrzuconego nawozu po polach ;)

Nie piszę o ludziach? Nie, bo książka Izy jest przede wszystkim o Żuławach. Losy ludzkie i Żuławy – wszystko razem w książce jest niepostrzeżenie splecione. Splecione dobrym i silnym uczuciem. Czy to Wtedy, czy Dzisiaj, to uczucie daje siłę. I to jest ta najbardziej obecna miłość. Nie ta ludzka, która przecież stanowi kanwę całej historii. To właśnie Żuławy.

I pomyśleć, że… Nie byłoby w Kleciu Zosi, narratorki powieści, gdyby nie… nie, nic z tego – żadnej fabuły, żadnego streszczenia. To trzeba przeczytać samemu ;)

Zapraszam więc do lektury !

To znakomita „odskocznia” od często idiotycznej i brzydkiej rzeczywistości.

Published in: on 3 Marzec 2015 at 13:45  Comments (5)  

Z cyklu Zaproszenia – Kawiarenka CLIO

Dziś, czyli 3 marca, o godzinie 17.30 w ramach Kawiarenki Historycznej Clio w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu odbędzie się następne ciekawe spotkanie.

Tym razem będziemy krążyć wokół roku 1945. I taki też tytuł nosi spotkanie: „Wokół 1945 roku”.

Inspiracją są najnowsze wydawnictwa Muzeum Stutthof. Mam tu na myśli dwie książki.

Pierwsza, „Żuławy w 1945 roku” pod redakcją Andrzeja Gąsiorowskiego i Janusza Hochleitnera, to świetna synteza tego tragicznego dla Żuław roku.

Książka „wyposażona” została w zdjęcia i mapki, a także tabele ilustrujące tekst. A ten jest zróżnicowany, bowiem na całość złożyły się artykuły wielu autorów.  Troszkę może rozczarować rozdział o Operacji Wschodniopruskiej. Jest zbyt ogólnikowy. Ale wynika to z faktu, że tak naprawdę Żuławami nikt się dotychczas poważnie nie zajmował, jako osobnym punktem wojennej zawieruchy. Jeden z rozdziałów (napisany przez Tomasza Glinieckiego) mówi o walkach żołnierzy 321. Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej na Żuławach Elbląskich. Każdy, kto zna arcyciekawe programy Pana Tomasza, z chęcią przeczyta ten rozdział.

Zresztą polecam lekturę całej książki, jako, że to bodaj pierwsze takie opracowanie mające ambicje całościowego ujęcia jednego terenu. Dla Żuławiaków, pasjonatów tego miejsca, a przede wszystkim, dla przewodników – to lektura wręcz obowiązkowa!

Oto krótka charakterystyka książki z portalu portel.pl

„Żuławy w 1945 roku” są jedną z pierwszych publikacji poruszających tematykę historii tych terenów po zajęciu ich przez Armię Czerwoną. Obszary te traktowane były przez Rosjan jako „poniemieckie, zdobyczne”. Stąd masowe gwałty, rabunki, morderstwa, wywózki na wschód. Dramat ten dotknął pozostałą jeszcze ludność niemiecką, jak i przybyłą polską. Dopełnieniem złego stała się działalność najpierw radzieckiego, a potem rodzimego aparatu bezpieczeństwa. Wszystkie zaprezentowane w wydawnictwie artykuły zostały przygotowane rzetelnie i w oparciu o solidną bazę źródłową: materiały archiwalne oraz wartościową literaturę przedmiotu. Podjęto w nich ważne i dotąd mało znane lub w ogóle nieznane problemy, jak np. losy ludności niemieckiej, a potem polskiej, represje i szykany ze strony sowieckich żołnierzy, NKWD i polskiego UB, rabunki, wysiedlenia i osadnictwo, przemiany demograficzne (z opisu prof. dr. hab. Bogdana Chrzanowskiego).
Publikacja, wydana przy wsparciu finansowym Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, jest wynikiem konferencji pod tym samym tytułem, zorganizowanej 29 maja 2014 r. przez Muzeum Stutthof, Muzeum II Wojny Światowej oraz Muzeum Zamkowe w Malborku.

Drugą książkę popełnił Pan Marcin Owsiński i jest to Stutthof – historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku. Ciekawa to książka, bo to chyba w ogóle pierwsza monografia wsi. Autor skoncentrował się na historii najnowszej, więc to też i przyczynek do oderwania się od lektury Zeszytów Muzeum Stutthof, i spojrzenie na to miejsce na mapie historycznie, bez swoistej fiksacji wojennej. Książkę czyta się niełatwo, ale też i historia Stutthofu, czy jak kto woli Sztutowa, zwłaszcza ta najnowsza, nie należy do łatwych.

Tak na portel.pl napisano o tej publikacji:

Książka „Stutthof. Historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku”, której autorem jest Marcin Owsiński, kierownik Działu Oświatowego Muzeum Stutthof, to pozycja popularnonaukowa. Bazuje na wielu nowych źródłach historycznych, jest też bogato ilustrowana. Stanowi pierwszy efekt prowadzonych od kilku lat w Muzeum Stutthof badań nad dziejami najnowszymi Żuław i polskiego powojennego Sztutowa. Publikacja pokazuje przede wszystkim bogate i różnorodne życie społeczne i gospodarcze Stutthofu w okresie jego zasiedlenia przez ludność narodowości niemieckiej. Dopiero na tym tle pokazano działalność niemieckiego obozu koncentracyjnego w latach 1939-1945, co sprawiło że Stutthof trafił do światowej historii.

Polecam więc dzisiejsze spotkanie w Elblągu  o godzinie 17:30. Na pewno będzie można podyskutować, zapytać, a może i zrozumieć.

Published in: on 3 Marzec 2015 at 12:59  Dodaj komentarz  

Z cyklu Zaproszenia – TORUŃ MIASTO ZABYTKÓW

W dniu 13 marca (piątek) b.r.  – w budynku Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu, przy ul. Słowackiego 8, o godzinie 18:00, odbędzie się ciekawe spotkanie w ramach cyklu TORUŃ MIASTO ZABYTKÓW.

Będzie to prezentacja dotycząca kościoła Świętego Jakuba.

„Konserwatorzy z toruńskiej firmy Relief oraz Maria Rdesińska opowiedzą o najnowszych pracach konserwatorskich przeprowadzonych w świątyni Świętojakubskiej w ubiegłym roku (2014). Będzie też o poczynionych w ich ramach ustaleniach i odkryciach na temat przeszłości kościoła.”

Spotkanie organizują WBP Książnicę Kopernikańską i Toruński Oddział Stowarzyszenia Historyków Sztuki.

O kościele p.w. Św. Jakuba na Nowym Mieście, można przeczytać TUTAJ.

A zdjęcia z wnętrz – można zobaczyć TUTAJ.

a TUTAJ impresja świętojakubska….

Z cyklu Zaproszenia – spacer śladami Von Wintera

Parę lat temu zainteresowałam się bardzo wyjątkową postacią w historii Gdańska. Chodzi o Leopolda von Wintera, nadburmistrza, czynnego w XIX wieku.

Nawiązując do mojego artykułu, zdecydowanie nie ma szans na to, by pojawiła się jakakolwiek tablica na budynku przy ul. Garbary, gdzie mieszkał. Oczywiście, ktoś zakrzyknie, że przecież ten prawdziwy budynek legł w gruzach w 1945 roku, jak i cały Gdańsk. Ale wypadałoby by odpowiednie agendy miasta WRESZCIE porozumiały się ze wspólnotą, czy też właścicielem sklepu, celem posadowienia na murze stosowanej tabliczki. Ciekawe, że w Toruniu jakoś potrafią…

Tłumaczenia, że von Winter Prusakiem był, i że lepiej poszukać jakichś polskich, słowiańskich bohaterów, a nie tych „Niemców polakożerców” (bo i takie infantylne maile także dostawałam po moim artykule!!!) – doprawdy są rodem z piaskownicy i dobitnie świadczą o poziomie wypowiadających się.

Tym bardziej więc cieszy, że Arek Zygmunt wymyślił, a Ewa Jaroszyńska rozpropagował, kolejny spacer.

Po sukcesie spaceru Primaaprilisowego, teraz kolej na świętowanie urodzin Leopolda.

A więc – trójmiejscy przewodnicy licencjonowani zapraszają na spacer w sobotę, 24 stycznia, o godzinie 11:00. Spotkanie w Gdańsku oczywiście, na skrzyżowaniu ulic Ogarnej i Garbary. 

Warto tam być, bo po prostu wypada ;)

Wypada złożyć hołd Człowiekowi, który wprowadził Gdańsk w nowoczesność. A o jego współpracowniku – Edwardzie Wiebe też będzie można się co nieco dowiedzieć :)

Mój kanał video

Co jakiś czas proszona jestem o łącze do prezentacji, jakie robię z moich zdjęć. Nieporadne są jeszcze, bo nie opanowałam jeszcze magii tworzenia. Ale sprawiają mi wiele radości, więc TUTAJ się nią dzielę z moimi Szanownymi Gośćmi.

Mam nadzieję, że sprawi Państwu tyle radości, ile sprawia mnie :)

Miłego oglądania.

Published in: on 4 Styczeń 2015 at 22:29  Comments (1)  

W piwnicach u dominikanów w Gdańsku – niestety krytycznie

No i stało się, „piwnice romańskie” pod dawnym klasztorem dominikańskim w Gdańsku otwarte.

Dzisiaj, czyli 31 grudnia – odtrąbiony w mediach wstęp wolny, okazał się być wstępem tylko dla pracowników… Aczkolwiek, z braku jakichś spektakularnych tłumów, udało nam się wejść. Nam, czyli Ewie J. i mnie. A że spodziewając się się dzikiego tłoku, nie wzięłam aparatu, więc ZDJĘCIA są kiepskiej jakości – tzw. komórkowce… nb. było nas raptem 4 osoby wszystkiego ;)

Wrażenia?

hm…. Baaaaaardzo mieszane.

Otóż – sam pomysł świetny, sam fakt otwarcie wnętrza dla tzw. publiczności przedni. Samo założenie – rewelacja, i sposób rekonstrukcji brakujących detali zasługują na najwyższy szacunek!

Ale….

No właśnie – ALE.

Ktoś nie przemyślał oprawy świetlnej. Ba – właśnie wprowadzając psychodeliczne kolory zniwelował pracę, jaką włożono w całe założenie.

JAK można było wprowadzić tak agresywną kolorystykę wnętrza, które POWINNO się odbierać całościowo??? Kto na to zezwolił? I te malutkie ledowe (?) „M&M’sy” na styku ścian i posadzki, wołają o pomstę do nieba. Punktowe kolorowe światełka, doskonale sprawdzają się w dyskotekach. Chyba jednak projektantowi ekspozycji miejsca się nieco pomyliły :(

Nadto głos prowadzący (zresztą bardzo dobrze zrobione nagranie i rzetelnie prowadzące po całym wnętrzu), nie przystaje czasowo do punktów świetlnych. I jeśli ktokolwiek zapatrzy się w/na którykolwiek detal, nie nadąży za głosem i nie będzie wiedział o co chodzi. Straci wątek, bowiem całe wnętrze oświetlane jest narracyjnie. Czyli światło pada na element/detal akurat omawiany.

Koszmarne kolory – zwłaszcza agresywny niebieski i czerwony – skutecznie niwelują wrażenie potęgi murów, i niweczą wzrokowy odbiór precyzji prac zabezpieczających i rekonstrukcyjnych.

Dla takich wnętrz sprawdza się WYŁĄCZNIE oświetlenie neutralne. A tego tam jak na lekarstwo.

Podsumowując – miało być doskonale, a wyszło niestety – jak zwykle.

Miejmy nadzieję, że oświetlenie zostanie zmienione i pozwoli się „zwykłym oglądaczom” (bo chyba na tych także tu się stawia?) na kontemplację wnętrza, i na chwilę zadumy nad zdolnościami średniowiecznych muratorów, a także nad umiejętnościami współczesnych konserwatorów. Nie każdy zwiedzający tę tak długo oczekiwaną atrakcję Gdańska ma przygotowanie historyczne. Krótki filmik na wstępie tego nie nadrobi, toteż zaleca się tablice informacyjne. Nie musi to być tablica na pół ściany ;) no i co zrobić z zagranicznymi zwiedzającymi ? Głos męski, aczkolwiek bardzo seksowny ;) opowiada po polsku…

I na koniec – proponuję Muzeum Archeologicznemu, aby wybrało się do Podziemi Rynku w Krakowie, obejrzeć ekspozycję, i podejrzeć oświetlenie… Naprawdę warto kopiować dobre wzory!

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 412 obserwujących.