PRZEPROWADZKA BLOGA

U W A G A

z powodu wykorzystania całego dostępnego miejsca ma tym blogu, od teraz ZAPRASZAM na część dalszą pod adresem

https://tutivillusblog.wordpress.com/

teraz spotkacie mnie Państwo tam właśnie….

zapraszam i życzę przyjemnej lektury

:D

Jestem
Zbieram
Tropię
Kocham

Te cztery słowa charakteryzują moje życie zawodowe. Mnie.

Jestem…

licencjonowanym przewodnikiem turystycznym i pilotem wycieczek.

I jako taki – mam dość szerokie uprawnienia – bo i na Gdańsk-Sopot-Gdynię, i Toruń, i dwa województwa: Pomorskie i Warmińsko-Mazurskie ( i wbrew wszelkim zasadom – piszę to z dużej litery – z Fascynacji i Miłości dla obu), i Zamek w Malborku, i Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, itd…itd… Jestem też pilotem wycieczek.

Mam uprawnienia Instruktora Przewodnictwa PTTK, długo szkoliłam przyszłych przewodników licencjonowanych. Byłam też członkiem państwowej komisji egzaminacyjnej (dla licencjonowanych przewodników miejskich i pilotów turystycznych) przy Marszałku Województwa Pomorskiego.

Zbieram… cegły.

Cegły gotyckie zazwyczaj, bo specjalizuję się w czasach Prus tak Krzyżackich jak i Królewskich. Zbieram cegły – bo potrafią opowiedzieć historię i sprawić, by mury odsłoniły tajemnice.

Tropię… Tutivillusa.

Nie jest to najłatwiejsze zadanie, ale gwarantuje przygodę. O Tutivillusie – piszę w innym miejscu.

Kocham… to co robię.

Poświęcając się przewodnictwu, zyskałam przywilej wstawania do pracy z przyjemnością. Bo to nie tylko zawód, to także powołanie. I hobby. Niewielu ludziom jest dany taki luksus. Prócz tego szkolę nowych przewodników; uczę czytać mury, obrazy i symbole; oprowadzam po miejscach serdecznych…

Zarażam pasją.

Prowadzę “dochodzenia” rodzinne, genealogiczne; trochę piszę, trochę też maluję, i niemal “nałogowo” robię zdjęcia.

A prywatnie?  Prywatnie jestem szczęśliwą osobą.

Gdańszczanka…

Acha, 4 października 2013  otrzymałam Odznakę Honorową za Zasługi dla Turystyki :)

(powszechnie zapanowała histeria na temat plików cookies, i należy wszystkich o nich informować – jakby tego nikt nie wiedział lata temu… ja też chyba powinnam dać stosowną informację. Ale, że nie umiem zamieścić łącza do stosownej automatycznej informacji – TUTAJ jest odnośnik do strony wordpress.com na ten temat)
no i jeszcze jedna formalność: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/3.0/
Published in: on 26 Sierpień 2009 at 21:22  Comments Off on PRZEPROWADZKA BLOGA  
Tags:

PRZEPROWADZKA BLOGA

U W A G A

Drodzy i Szanowni Moi Goście,

z powodu wykorzystania całego dostępnego miejsca dostępnego na tym blogu, od teraz ZAPRASZAM na część dalszą pod adresem

https://tutivillusblog.wordpress.com/

teraz spotkacie mnie Państwo tam właśnie….

zapraszam i życzę przyjemnej lektury

:D

Published in: on 28 Styczeń 2016 at 23:31  Dodaj komentarz  

Z cyklu Chwalę się – cegły – zamek i podłoga – w Radio Gdańsk

Muszę się pochwalić.
Moje cegły stały się medialne. Wszystkie – 41 !

Zapowiedział się u nich z wizytą sam Włodek Raszkiewicz z Radia Gdańsk.

No, tak po prawdzie – to zapowiadał się już w zeszłym roku w styczniu. Wtedy – niekoniecznie z wizytą do ciegiełek, a raczej z okazji książeczki mojej, wtedy jeszcze cieplutkiej, bo wydanej świeżo. No, ale jak przystało na szlifierza (szlifierkę?) bruków wszelkich – nie miałam wtedy czasu. Nigdy. Szlifowałam bruki nie tylko polskie. Sezon trwał w nieskończoność. Czasem tylko, zdalnie, telefonicznie obiecywaliśmy sobie spotkanie na antenie radiowej.

Aż w końcu, na początku tego roku Beata Szewczyk – zaprosiła mnie na pogaduchę na radio-gdańskiej antenie. Tym razem miałam wolne. Z chęcią pognałam więc do radia. Raz, że wreszcie chciałam na własne oko osobiste jedno i drugie zobaczyć właścicielkę cudnego głosu antenowego (jest taka, jak Jej głos – z tym większą radością teraz Jej słucham na antenie), a poza tym – miałam spotkać też jedną z ulubionych, a dawno nie widzianych Koleżanek (czyli 1/6 słynnego Desantu Gdańskiego).

A że to była sobota, pojawił się także Włodek Raszkiewicz z dyrektorem ZOO, p. Targowskim na tradycyjną cotygodniową ciekawą pogawędkę o zwierzętach. Wszyscy jakoś tak przez chwilę kotłowaliśmy się w hallu, w przerwie na kawę, przekrzykując się nawzajem.  W tym radosnym rozgardiaszu, udało się z Włodkiem przysiąść na chwilę, porozmawiać o … (Włodku!!! dziękuję za pomysł na następną peregrynację wschodniopruską!!!)

Przy sposobności – tym razem ustaliliśmy termin i….

Wypucowałam cegiełki i nawet podłogę w pokoju. I na tej podłodze właśnie, spędziliśmy wczoraj, klęcząc pośród cegieł, prawie 2 godziny :)

Rezultat włodkowej wizyty będzie dziś (26.01) emitowany o 12:00 na antenie Radio Gdańsk.

Zapraszam do słuchania tym bardziej, że „obsmarowana” zostałam przez Pana Dziennikarza bardzo sympatycznie – na Facebooku.

TUTAJ lineczka do audycji :)

No i też dlatego zapraszam, że po prostu lubię Włodka Raszkiewicza – lubię Go za to też, że nie zamieścił mojego zdjęcia z podwójnym podbródkiem i zmarszczkami ;)

A oto tekst, jaki zamieścił na wszechobecnym facebooku :)

Pamiętajcie dziennikarze młodzi i starzy. Spotkać się z Katarzyna Czaykowska to tylko kłopot i nieszczęście. Jak tu wyciąć audycję 20 minutową z 40 minutowej ciekawej, potoczystej i lekkiej rozmowy. No po prostu kobita mówi przytomnie i anegdotycznie, jedno wynika z drugiego. No wszystko fajne, albo fajniejsze…. i to nie jest fajnie. WNIOSKI: Z niegłupimi kobitami lepiej nie zaczynać albo twardym trzeba być i już, nie cackać się tylko szatst prast, krótko po męsku sprawę załatwić. PS Posłuchać tej Czaykowskiej będzie można we wtorek o godzinie 12.05 w Radio Gdańsk S.A.O cegłach będzie i sikaniu na Zamku w Malborku.

Hm… to sikanie na Zamku – niemal widzę gdzieś tam, w niebycie, mojego Tatę, jak zaciera ręce ze złośliwym uśmieszkiem ;)

W końcu to wszystko – przez Niego :)

Z cyklu Zaproszenia – A w Gothicu taka gratka :)

Mój stosunek do Gothic Cafe and Restaurant wszyscy znają, i to od lat ;)

Toteż z wielką przyjemnością załączam ich zaproszenie na 13 grudnia TEGO roku :)

Przybywajcie, bo cel cudny – ale czegoż innego spodziewać się po Bogdanie Gałązce, Duchu Dobrym i Dobrej Duszy nie tylko Gothic ale i Zamku Wiadomego.

A ci, którym żadne cele nie są w stanie zaimponować (choćby były nie wiem, jakie szczytne), niech przybywają dla samej ATMOSFERY tego wyjątkowego miejsca :)

Drodzy Przyjaciele, goście Gothic Cafe jak co roku w okresie Świąt Bożego Narodzenia pieczemy wspólnie pierniki, malujemy bombki, śpiewamy kolędy. W tym roku zapraszam 13 grudnia (niedziela) od godz 11:00 do 14:00 do restauracji Gothic Cafe na Zamku w Malborku. Koszt piernika wstępu: dziecko 18,45 PLN (cena zawiera 23% podatku vat), osoba dorosła 30,75 PLN (cena zawiera 23% podatku vat). Cały dochód ze sprzedaży pierników przekazany będzie POLSKIEMU ZWIĄZKOWI NIEWIDOMYCH O/MALBORK. Bilety do nabycia w restauracji Gothic Cafe na Zamku w Malborku do wyczerpania puli biletów.
tel. 55 647 08 89 w godz. od 10:00 do 16:00.
Dla zainteresowanych pomocą podaję numer konta bankowego:
BANK MILENIU 96 11 60 22 02 0000 0000 27 87 75 55 Z DOPISKIEM DLA KOŁA PZN MALBORK.

 

 

Published in: on 4 Grudzień 2015 at 17:36  Dodaj komentarz  

Moja Praga

Byłam w Pradze. Ponownie.

To akurat nikogo nie powinno dziwić, bowiem można nie odwiedzić Paryża, ale Pragę trzeba. Dlaczego? Bo tak, i już ;)

Moja Praga tym razem była bez pośpiechu. I wreszcie z dobrym przewodnikiem. Z Dziewczyną zakochaną w swoim Mieście i umiejącą o nim opowiadać z przysłowiowym ogniem.

Kiedy się rozstałyśmy miałam dość czasu, żeby, niczym piesek spuszczony ze smyczy ruszyć przed siebie. Z przyjemnością zanurzyłam się w gwar i tłum (pamiętając jednakże, żeby kurczowo ściskać torbę w objęciach – wiadomo – złodzieje są wszędzie tam, gdzie turyści). Mapę miałam w torbie tak głęboko, że aby się do niej dokopać, musiałabym chyba przejść kurs archeologii. Więc poszłam na tzw. czuja. Oczywiście, głównym celem były Hradczany. Ale zanim tam dotarłam z drugiego końca miasta, „zahaczyłam” o niemal wszystkie kościoły. Wciąż nie lubię baroku, ale jak już gdzieś kiedyś na tym blogu pisałam, czasem trzeba lubić, choć na chwilę. Barok praski jest lekki, nieagresywny i pełen taktu. Już słyszę głosy fachowców, oburzających się na ten opis. Ale co tam…

Jednak moim ulubionym praskim kościołem jest Kościół Najświętszej Marii Panny przed Tynem. A portal północny, dzieło Petera Parlera, mogłabym fotografować nieustannie. No i oczywiście – skoro wreszcie miałam czas, „obniuchałam” ściany dokładnie i znalazłam dołki ogniowe. Na szczęście w Pradze niemal wszyscy są uśmiechnięci, więc mój uśmiech radości nikogo nie dziwił.

Po jakichś stu latach dotarłam wreszcie na Hradczany. Świadomość, że nie musiałam się nigdzie spieszyć, że najwyżej umrę po drodze z głodu, że mogę sobie przystanąć na zdjęcie, a nawet usiąść na krawężniku i gapić się na ludzi, sprawiła, że czułam się zupełnie jak na wakacjach. W głowie mi dźwięczał Smetana, ze swoją Wełtawą… Świeciło słońce, dokoła różnojęzyczny tłum popadał w ten sam dziecięcy zachwyt przed Złotą Bramą i żeberkiem Parlera. Było cudnie.

Na dodatek zaglądając w dostępne zaułki wzgórza zamkowego trafiłam na ślad ząbkowicki (śląski) – w postaci małego, niepozornego pomniczka Mistrza Benedykta Rejta nieopodal baszty prochowej…

No i – przecież wreszcie byłam w sali, słynnej z tzw. drugiej defenestracji praskiej. Sala jak sala… Niby nic takiego, ale wystarczy pomyśleć, do jakiego symbolu urosła wkrótce, i zupełnie inaczej zaczynamy się rozglądać po pomieszczeniu. Dlatego warto zwiedzanie Pragi połączyć ze zwiedzaniem Wrocławia (drugiego po Pradze miasta dynastii Luksemburgów, a poza tym ukochanego miasta cesarza Karola Luksemburga). I to nie wcale w związku z zainteresowaniem oknami, czyli tzw. defenestracją wrocławską, którą to wiążemy z wojnami husyckimi, a w związku z wojną trzydziestoletnią, będącą (znacznie upraszczając historię) niejako następstwem „zbiorowego wypadnięcia przez okno” na praskim zamku… A skoro Wrocław, to koniecznie Świdnica! Bo przecież to między innymi ten zachwycający Kościół z gliny, drewna i piasku, pełen Złotej Ciszy, stał się jednym z symboli pokoju westfalskiego.

I tak to, po niemal 8 godzinach zwiedzania Pragi, kiedy wreszcie usiadłam nad kufelkiem piwa – mimowolnie myślami wróciłam „do domu” ;)

Published in: on 1 Październik 2015 at 22:13  Dodaj komentarz  

Gdańsk śladami legend i duchów – O diable z Bramy Wyżynnej

Jest w Gdańsku wiele miejsc z mroczną historią. Jest też wiele legend nie napawających radością.  Jak każde miasto o długim rodowodzie tak i Gdańsk ma swój baśniokrąg wywodzący się z plotek, przekazów mniej lub bardziej rzetelnych, czy wreszcie ze sparafrazowanych kronik miejskich.

Profesor Jerzy Widacki powiedział (przy sposobności badań domniemanych szczątków Kniazia Jaremy na Św. Krzyżu), że z legendą się nie walczy, legendę się opowiada.

Zapraszam więc na spacer śladami legend po Gdańsku.

Kiedy wysiadamy z tramwaju na przystanku Brama Wyżynna, siłą rzeczy nasz wzrok pada albo na paskudny budynek dawnego LOTu, co może skutkować silnym wstrząsem natury estetycznej, albo na sąsiedni budynek o ciekawym boniowaniu, dziś mieszczącym Pomorskie Centrum Informacji Turystycznej.

Jako, że ten drugi budynek stanowczo ma więcej do „opowiedzenia”, przyjrzyjmy mu się dokładniej.

Jest to Brama Wyżynna. Brama strzegąca zachodniego wjazdu do miasta, otwierająca z tej strony Drogą Królewską. Jako, że na szczęście doczekaliśmy się wreszcie niezłego portalu o Gdańsku, nie muszę tu nudzić detalami historycznymi, bo o Bramie można przeczytać TUTAJ.

Nas interesuje legenda związana z budynkiem bramnym.

Otóż, działo się to dawno temu, a może wcale nie… Może wydarzyło się to w XVII wieku. Dość na tym, że pewnej mroźnej zimy tuż przed sylwestrową nocą straż przed bramą pełnił niejaki Kuba Dorsz. Czas mu się dłużył, dokuczał mróz, a przenikliwy wiatr przeciskał się przez zdawałoby się grube ubranie. Dodatkową torturą były odgłosy bawiącego się miasta, z wesołymi krzykami i muzyką płynącą niemal ze wszystkich domów.

Kuba czekał na zmianę warty niemal jak na zbawienie, przytupując i rozcierając zgrabiałe dłonie. Marzył mu się napitek gorący, albo po prostu mocny. Z tęsknotą przeczytał jedną z sentencji wykutych na zachodniej fasadzie bramy pod triadą herbową. Sentencja brzmi IUSTITIA ET PIETAS DUO SUNT REGNORUM OMNIUM FUNDAMENTA  – co znaczy: Podstawą wszystkich królestw są sprawiedliwość i pobożność. Rzeźbiarz jednak chcąc zmieścić tekst, „zawinął” go na całym gzymsie, i oczom patrzącego prosto ukazuje się nie cała sentencja, a tekst okrojony: RUM OMNIUM FUNDAMENTA. Było to zresztą stałym przedmiotem kpin i dowcipów w mieście. Teraz jednak Kubie nie do śmiechu było, wspomnienie ognistego smaku, aż mu się ślinka zbierała przywodząc gorzkie myśli. No bo jak tu być radosnym w taki wieczór, kiedy w domu zimno, siennik już dawno nie widział świeżego wsadu, a sakiewka z żołdem stale pokazywała dno. Jak tu myśleć o jakimkolwiek ustatkowaniu się, o rodzinie, o pomocy starym rodzicom na wsi…

Ech, westchnął Kuba i poirytowany swoim losem, zaklął siarczyście, kończąc przekleństwo wykrzykną jeszcze w mroźną ciemność: „i niech tę całą służbę diabli porwą”

Nagle coś obok niego zatrzeszczało, zaiskrzyło, snop iskier wzbił się w powietrze, zapachniało siarką, i oto stanął przed nim niewielki człowieczek w obszernym płaszczu, spod którego widać było surdut ze złotymi lamówkami, i spodnie wiązane purpurowymi kokardami. Mimo iż płaszcz był naprawdę obszerny i długi, wystawało spod niego człowieczkowi  kopytko, zamiast jednej nogi. Zaś kapelusz jaki miał ów przybysz na głowie, mimo, że nasunięty niemal na uszy, ledwo zakrywał rogi. Diabeł to był niewątpliwie.

Kuba zmarszczył brwi za zapytał przybysza co go sprowadziło do miasta o tak późnej porze. Ten skłonił się Kubie bardzo dworsko i odparł, że przecież sam go wzywał przed chwilą. „Oto jestem – dodał – gotów do służby”

Strażnik wcale się nie przestraszył, bo po przeżyciu paru bitew i wielu rejsów, już nic go nie było w stanie przerazić. Diabeł? a niechby i sam bies, grunt, że uwolni go od uciążliwej i nudnej służby. I może on, zwykły strażnik, znajdzie wreszcie czas na rozpoczęcie nowego życia. Z chęcią więc zaczął zdejmować swój „służbowy” strój, jednocześnie, „kątem oka” obserwował diabła. Ten zaś zza pazuchy wyjął dobrze zaostrzone gęsie pióro i rulon zaplamionego pergaminu. Rozwinął go z namaszczeniem, i spojrzał na Kubę.

– Wiesz co to jest? zapytał.

– No pewnie, odparł Kuba, każdy wie, że to cyrograf. Przecież spotkanie z diabłem nigdy nie kończy się inaczej.

– No właśnie, mruknął diabeł, podpisz mi tu acan, i możesz sobie iść, gdzie zechcesz.- to mówiąc podsunął pergamin pod nos wartownika.

Ten jednak powstrzymał biesa gestem dłoni, – Chwila, mości diable, muszę przeczytać, czego chcą ode mnie piekielne czeluści w zamian za moją wolność.

– No jak to czego – tego samego co zawsze – duszy. Diabeł mimowolnie zatarł dłonie.

– No dobrze… Kuba mamrotał czytając cyrograf wnikliwie – po czym szybko skaleczył się nożem, jaki zawsze nosił ze sobą, odkąd przy Bramie Nizinnej pobiło go paru obcych i nielegalnych żebraków, których osobiście wyganiał z miasta parę dni wcześniej. Kiedy z rany popłynęła krew, Kuba zażądał od diabła pióro, przyłożył go do rany, i na pergaminie dopisał koślawymi literami „ja Kuba Dorsz zgadzam się na warunki piekielne, za siedem lat wrócę, by oddać duszę. Przez te siedem lat Diabeł będzie za mnie pełnił służbę przy Bramie Wyżynnej na Prawym Mieście. Ale tylko ja będę mógł zwolnić go ze służby. Nikt inny nie ma do tego prawa. Nawet sam władca . Tylko ja, inaczej wszystko nieważne.” I zamaszyście się podpisał.

Diabeł poczekał aż podpis wyschnie, i zwinąwszy pergamin na powrót w rulon schował go ostrożnie za pazuchę. Następnie sięgnął po strój strażnika, i szybko się weń przebrał. Wyprostował się i rzekł do Kuby: „No, to idź i ciesz się wolnością, bo siedem lat minie jak z bicza trzasnął”

Młodzieniec nawet nie czekał aż Diabeł dokończy zdanie. Pobiegł, jak tylko mógł, najszybciej w stronę Żurawia. Nie czuł zimna, ani przenikliwego wiatru. Na szczęście, statek, który widział tu wczoraj stał jeszcze zacumowany. Odnalazł marynarza, z którym był zaprzyjaźniony jeszcze z czasów swojego pływania…

I tak zaczęła się długa, paroletnia przygoda Kuby Dorsza na morzu.

Legenda mówi, że dorobił się na rejsach niezłego majątku. A że z legendą się nie walczy – pozostaje nam w to uwierzyć ;)

Wrócił nasz śmiałek po siedmiu latach, mężniejszy, bogatszy nie tylko w doświadczenia i jeszcze bardziej hardy niż kiedyś. Schodząc ze statku, rozejrzał się po swoim Mieście, odetchnął „znajomym” powietrzem. Tu jednak oddycha się najlepiej, pomyślał. Dobrze mieć pieniądze i plany na przyszłość… I już wiedział, że nie wróci do wartowania przed Bramą. Jakąkolwiek bramą. Zanim jednak ruszył „zluzować” swojego niecodziennego zastępcę, na wszelki wypadek zawiesił sobie na szyi kupiony przed chwilą w warsztacie znajomego bursztynnika wisior z nieszlifowanego bursztynu. Według tradycji bowiem – bursztyn miał chronić od mocy piekielnych. W końcu stanął przed diabłem wciąż pełniącym straż przy zachodnim wjeździe do Miasta.

– No jesteś, ucieszył się bies. – Nudno tu, a i ludziska gapią się na mnie stale, i palcami wytykają. Czas najwyższy byś mnie zluzował. Zapraszam do , dokończył puszczając do niego szelmowskie oko.

Kuba stanął w bezpiecznej odległości od Diabła i powiedział: – Chętnie Cię zwolnię z posterunku. Ale – nie ciesz się tak mój kolego… Bo nie pójdę z tobą nigdzie.

– Jak to?! – wykrzyknął bies. – Przecież cyrograf podpisany!

– No tak, podpisany, ale przeczytaj dopisek, spokojnie odparł Kuba

Diabeł wyszarpnął pergamin zza pazuchy, rozwinął go i przeczytał na głos. – No jest że siedem lat… o co ci chodzi człowieku?

– Przeczytaj dopisek, odparł Kuba spokojnie.

Diabeł przeczytał i podniósł pytający wzrok na młodzieńca. A ten spokojnie odparł: – no zwolnię cię, ale tylko pod jednym warunkiem.

– jakim ? w głosie Diabła wyczuć można było niepokój

– Ano pod takim, że najpierw zniszczysz pergamin, odparł spokojnie nasz bohater.

– Co??????? zagrzmiał rogaty wartownik, aż ziemia zadudniła

– To co słyszałeś, inaczej będziesz tu stał do końca świata, uśmiechnął się Kuba

Zapadła cisza, w literaturze zwana ciężką. Diabeł drapał się po głowie, sapał, tupał nogą uzbrojoną w kopytko. Marszczył brwi – widać było że toczy wewnętrzną walkę.

Kuba wzruszył ramionami, – nie, to nie. Ja tam nie muszę cię wcale teraz zwalniać, bo wobec diabła nie muszę być uczciwy… Najwyżej sczeźniesz tu przy bramie, bo ja do Piekieł się nie wybieram. Decyduj, albo zniszczysz teraz, natychmiast mój cyrograf i odejdziesz wolny, szukać szczęścia gdzie indziej, albo zostaniesz tu na zawsze…

Diabeł ze złości aż tupnął nogą. Tą z kopytkiem. Kuba pozostał niewzruszony. W końcu po kolejnym ataku furii, wysłannik Piekieł podał cyrograf swojej niedoszłej ofierze. – Masz i udław się… mruknął

– O nie, Kuba pogroził mu palcem, – natychmiast to odwołaj, bo sobie pójdę, a ty zostaniesz…

Diabeł westchnął głęboko i z rezygnacją, – No dobrze, odwołuję to co powiedziałem, zniszcz cyrograf i daj mi odejść i żyj w spokoju. Wystarczy??

Młodzieniec kiwnął głową z uśmiechem i przy użyciu swojego nieodłącznego noża pociął cyrograf na drobne paseczki, po czym wrzucił je do kosza z rozpalonym ogniskiem. Poczekał aż wszystko się spali dokładnie, a następnie uroczyście zwolnił diabła ze służby. Ten rzucił się do ucieczki, ale Kuba go chwycił za kołnierz. – Hola, a uniform??? Bies szybko zrzucił ubranie strażnika, i po chwili zniknął.

Kuba Dorsz podniósł portki i kubrak z ziemi, odniósł dowódcy straży, przy sposobności zwalniając się ze służby. Dowódca trochę żałował – nie Luby, ale diabła, bowiem ponoć był świetnym strażnikiem, życzył Kubie szczęścia i wypłacił mu żołd diabła. Młodzieniec  zadowolony z siebie i z życia, oddalił się w głąb miasta, z postanowieniem rozpoczęcia nowego życia.

Tak kończy się legenda o sprytnym Kubie Dorszu i nierozgarniętym diable spod Bramy Wyżynnej.

I tylko czasem zimą, wieczorem, podczas śnieżycy, kiedy wieje przenikliwie zimny wiatr, można w okolicach Bramy ujrzeć zgarbioną figurę przestępującą z nogi na nogę.

Czy to ów Diabeł, który połakomił się na duszę Gdańszczanina, czy też to ktoś próżno czekający na umówione spotkanie?

Nie wiem, samemu trzeba sprawdzić.

Published in: on 19 Lipiec 2015 at 15:01  Dodaj komentarz  

Gdańsk śladami legend i duchów…

Ostatnie spotkanie z Panią Aleksandrą Kozłowską z Gazety Wyborczej Trójmiasto zainspirowało mnie do opisania Gdańska z jego baśniowej strony. Często można usłyszeć, że przewodnik powinien podawać  li tylko suche fakty i mówić o tym, co się widzi, a już tzw. sampizacja historii Gdańska jest niedopuszczalna.

Dla niewtajemniczonych: „sampizają” nazwano powoływanie się na zmarłego niedawno profesora Jerzego Sampa, którego świetne opowieści gdańskie zainspirowały niejednego miłośnika Gdańska do sięgnięcia po tzw. poważną naukową lekturę. Pomijam już fakt, że zwyczajnie Profesora lubiłam, za Jego wyjątkową życzliwość i absolutny brak zadęcia. On po prostu umiał pisać o historii (niełatwej przecież) Miasta. Robił to w taki, sposób, że prowokował do poszukiwań i własnych wniosków. Toteż nazywanie Jego pracy i twórczości „sampizają” wszyscy (licencjonowani przewodnicy gdańscy) uważaliśmy zawsze za głębokie niezrozumienie tak Gdańska jak i istoty Miasta.

Poza tym – warto pamiętać, że z metodycznego punktu widzenia, nic tak nie zniechęca słuchacza jak bombardowanie suchymi faktami. Co niejeden sam pamięta z lekcji historii choćby.

Poniższy mini serial o duchach i legendach jest więc naszym małym hołdem złożonym wyjątkowej postaci Profesora, jak i baśniokręgowi gdańskiemu.

Oczywiście, każdy pewnie zna owe legendy inaczej, bo i wersji jest całe mnóstwo. Pisali o nich różni autorzy, i każdy też dodawał coś od siebie. To jednak tylko wzbogaca zbiór Magii Miasta :)

Zapraszam więc na mini serial – śladami duchów i legend Gdańska.

1. O duchu komendanta z Przedbramia Ulicy Długiej (czyli popularnej Wieży Więziennej i Katowni)

2. O diable z Bramy Wyżynnej

3. O murarzu z Bramy Taczkarzy

4. O smoku z Dworu Bractwa Św. Jerzego

5. O pewnych mieszkańcach ulicy Długiej

6. O niedoszłym pielgrzymie z Mariackiego

Published in: on 16 Lipiec 2015 at 10:21  Comments (1)  

Z cyklu Zaproszenia – Smakowicie – świątecznie – gałązkowo i zamkowo

https://scontent-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xpa1/t31.0-8/10959009_1015711588442821_7768792337207072943_o.jpg

„Tym obrazem autorstwa Mariusza Stawarskiego 10 kwietnia 2015 roku zainaugurujemy Wielkanocne Menu w restauracji Gothic na Zamku w Malborku.

Będzie żur, będzie biała kiełbasa, gotowana baba, pasztet, pieczona szynka w chlebie.

Wielkanoc będzie trwała na Zamku do końca kwietnia. Wszak to najradośniejsze święto w kalendarzu liturgicznym.

A bracia krzyżacy lubili okres Wielkiejnocy.

Zapraszamy”

Tak napisał Bogdan Gałązka na swoim profilu facebookowym.

A my już w blokach startowych :D

 *   /   *

Od lat, niemal od początku istnienia Gothic Cafe & Restaurant,  karmiona jestem (dosłownie ;) ) przez Mistrza Gałązkę. I nie wiem nawet często, co jem. Nie pytam. Grunt, że ładnie wygląda, pięknie pachnie, nie wspominając już o bogactwie smaku…

Lubię Bogdana za to, że kocha to co robi, ale też lubię Go za to, że zawsze znajdzie chwilkę dla mnie. Nawet kiedy ma Niesłychanie Ważnych Gości. Bo tak właśnie zachowuje się Wielki Człowiek. Każdego traktuje jakby ten był właśnie najważniejszą osobą na świecie :)

A tak poza tym, lubię Go za to, że Go mam, że jest Bogdanem Gałązką. Czasem w śmiesznej czapeczce, ale zawsze z dobrym uśmiechem :)

https://enroutepictures13.files.wordpress.com/2015/03/2-kopia.jpg

https://tourpoland.files.wordpress.com/2012/10/bogda-jagoda-mariusz1.jpg

O jedzeniu po żuławsku

Mam w rękach świetną, a przede wszystkim – smakowitą książkę.

Wydało ją Stowarzyszenie „Żuławy Gdańskie” (przy wsparciu Funduszy Europejskich).

To „Kuchnia Żuław„.

Publikacja jest swego rodzaju pokłosiem Powiatowych Konkursów Kulinarnych „Niebo w gębie, czyli przysmaki powiatu gdańskiego”, jakie organizowane są już od przeszło 9 lat. Ale w książce znalazły się również przepisy m.in. od Żuławiaków, którzy opuścili te tereny w roku 1946, i od tych, którzy Żuławiakami się stali po 1945 roku. Można więc powiedzieć, że każdy wniósł do książki swoje smaki, smaki swojego dzieciństwa, smaki zdobyte i odkryte, czasem wręcz zapomniane na długo.

Dla mnie, dla której, tak jak dla dawnych Żuławiaków: „najlepszą jarzyną jest mięso”, książka to prawdziwa uczta dla podniebienia. Przyznam, że nie wszystkie potrawy próbowałam, nie wszystkie też znam. Dlatego też to dla mnie bardzo ciekawa publikacja.

Miałam swój maleńki wkład w „tworzenie” książki. Otóż Elżbieta Skirmuntt-Kufel, Prezes Stowarzyszenia, poprosiła mnie bym wśród moich zaprzyjaźnionych Mennonitów rozpuściła wici w sprawie przepisów z ich żuławskiego dzieciństwa w Prusach. No i zaczęło się. Maile z opisem smakowitości, jakie zaczęły spływać do mojej skrzynki przyprawiały mój żołądek o skręt głodowy. Bardzo mi się podobała odpowiedź jednego z moich mennonickich Przyjaciół. Otóż napisał, że przeze mnie musieli z żoną przygotować przyjęcie dla całej rodziny (a te u Mennonitów są często bardzo liczne), tak by wypróbować przepisy przed przesłaniem ich do książki ;) No i w ten sposób, wyniki ich przygotowań również znalazły się w książce Eli.

Tak więc zachęcam do nabycia tej książeczki, bo na pewno wzbogaci kulinaria nie tylko tu, u nas, ale doskonale wpasuje się do każdego regionu, i zadowoli każde podniebienie. Przypominam, że powojenne Żuławy to ludzie z różnych zakątków Polski, więc każdy znajdzie coś dla siebie ;)

Published in: on 3 Marzec 2015 at 17:00  Comments (2)  

… I przeczytałam powieść

Nie lubię powieści, nie znoszę ckliwych babskich romansów i tej całej pseudo-psychologii rozlanej na kartkach papieru. Nie czytuję tych bzdetów, bo mi szkoda na to czasu ;)

Toteż, gdy dostałam od Izy mailem tekst jej opowieści, zmartwiłam się. Musiałam to przecież przeczytać, żeby móc cokolwiek powiedzieć na nowostawskim spotkaniu promocyjnym Jej książki. Tej właśnie… No i Autorka przecież oczekiwała ode mnie jakiejś opinii… Na dodatek – ja Izę bardzo lubię. Więc ze zgrozą już zaczęłam obmyślać jakąś dyplomatyczną recenzję, by Jej nie zrobić przykrości, a przy sposobności ocalić głowę i godność osobistą.

Otworzyłam tekstowy załącznik maila. Ukazał się tytuł: „Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica„.

No pięknie. Ciekawe, czego będzie więcej – pomyślałam – ducha, tajemnicy, czy mimo wszystko pokrzyw wokoło ;) Ale na początek – poczłapałam do kuchni, przygotowałam sobie wielki kubas kawy i… Zabrałam się za lekturę.

Kiedy w końcu zamknęłam ekran – poczułam łzy pod powiekami. Nie mam mokrych oczu i nie wzruszam się podczas czytania. No, ale tak na marginesie, trudno o wzruszenia podczas lektury organizacji życia na zamku krzyżackim, czy nad zastosowaniem cegły w gotyckiej architekturze Pomorza. Jedyne prawdziwe wzruszenia dopadają mnie kiedy dotykam cegłę znalezioną gdzieś w gruzach, czy też kiedy „przyjdzie” do mnie pocztą….

 A więc:

Książka Izy jest czysta, przepełniona miłością spokojną, mocną. Jest dobra. I w tym ostatnim słowie jest wszystko, co można zawrzeć w charakterystyce. Bo jak inaczej opisać towarzyszące lekturze uczucie spokoju, pogody ducha, i nagłego niezauważenia brzydoty własnej dzielnicy za oknem… No i do tego – uczucie niemalże namacalnej tęsknoty za Żuławami, za zapachem kwitnącego rzepaku, a nawet za zapachem rozrzuconego nawozu po polach ;)

Nie piszę o ludziach? Nie, bo książka Izy jest przede wszystkim o Żuławach. Losy ludzkie i Żuławy – wszystko razem w książce jest niepostrzeżenie splecione. Splecione dobrym i silnym uczuciem. Czy to Wtedy, czy Dzisiaj, to uczucie daje siłę. I to jest ta najbardziej obecna miłość. Nie ta ludzka, która przecież stanowi kanwę całej historii. To właśnie Żuławy.

I pomyśleć, że… Nie byłoby w Kleciu Zosi, narratorki powieści, gdyby nie… nie, nic z tego – żadnej fabuły, żadnego streszczenia. To trzeba przeczytać samemu ;)

Zapraszam więc do lektury !

To znakomita „odskocznia” od często idiotycznej i brzydkiej rzeczywistości.

Published in: on 3 Marzec 2015 at 13:45  Comments (5)  

Z cyklu Zaproszenia – Kawiarenka CLIO

Dziś, czyli 3 marca, o godzinie 17.30 w ramach Kawiarenki Historycznej Clio w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu odbędzie się następne ciekawe spotkanie.

Tym razem będziemy krążyć wokół roku 1945. I taki też tytuł nosi spotkanie: „Wokół 1945 roku”.

Inspiracją są najnowsze wydawnictwa Muzeum Stutthof. Mam tu na myśli dwie książki.

Pierwsza, „Żuławy w 1945 roku” pod redakcją Andrzeja Gąsiorowskiego i Janusza Hochleitnera, to świetna synteza tego tragicznego dla Żuław roku.

Książka „wyposażona” została w zdjęcia i mapki, a także tabele ilustrujące tekst. A ten jest zróżnicowany, bowiem na całość złożyły się artykuły wielu autorów.  Troszkę może rozczarować rozdział o Operacji Wschodniopruskiej. Jest zbyt ogólnikowy. Ale wynika to z faktu, że tak naprawdę Żuławami nikt się dotychczas poważnie nie zajmował, jako osobnym punktem wojennej zawieruchy. Jeden z rozdziałów (napisany przez Tomasza Glinieckiego) mówi o walkach żołnierzy 321. Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej na Żuławach Elbląskich. Każdy, kto zna arcyciekawe programy Pana Tomasza, z chęcią przeczyta ten rozdział.

Zresztą polecam lekturę całej książki, jako, że to bodaj pierwsze takie opracowanie mające ambicje całościowego ujęcia jednego terenu. Dla Żuławiaków, pasjonatów tego miejsca, a przede wszystkim, dla przewodników – to lektura wręcz obowiązkowa!

Oto krótka charakterystyka książki z portalu portel.pl

„Żuławy w 1945 roku” są jedną z pierwszych publikacji poruszających tematykę historii tych terenów po zajęciu ich przez Armię Czerwoną. Obszary te traktowane były przez Rosjan jako „poniemieckie, zdobyczne”. Stąd masowe gwałty, rabunki, morderstwa, wywózki na wschód. Dramat ten dotknął pozostałą jeszcze ludność niemiecką, jak i przybyłą polską. Dopełnieniem złego stała się działalność najpierw radzieckiego, a potem rodzimego aparatu bezpieczeństwa. Wszystkie zaprezentowane w wydawnictwie artykuły zostały przygotowane rzetelnie i w oparciu o solidną bazę źródłową: materiały archiwalne oraz wartościową literaturę przedmiotu. Podjęto w nich ważne i dotąd mało znane lub w ogóle nieznane problemy, jak np. losy ludności niemieckiej, a potem polskiej, represje i szykany ze strony sowieckich żołnierzy, NKWD i polskiego UB, rabunki, wysiedlenia i osadnictwo, przemiany demograficzne (z opisu prof. dr. hab. Bogdana Chrzanowskiego).
Publikacja, wydana przy wsparciu finansowym Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, jest wynikiem konferencji pod tym samym tytułem, zorganizowanej 29 maja 2014 r. przez Muzeum Stutthof, Muzeum II Wojny Światowej oraz Muzeum Zamkowe w Malborku.

Drugą książkę popełnił Pan Marcin Owsiński i jest to Stutthof – historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku. Ciekawa to książka, bo to chyba w ogóle pierwsza monografia wsi. Autor skoncentrował się na historii najnowszej, więc to też i przyczynek do oderwania się od lektury Zeszytów Muzeum Stutthof, i spojrzenie na to miejsce na mapie historycznie, bez swoistej fiksacji wojennej. Książkę czyta się niełatwo, ale też i historia Stutthofu, czy jak kto woli Sztutowa, zwłaszcza ta najnowsza, nie należy do łatwych.

Tak na portel.pl napisano o tej publikacji:

Książka „Stutthof. Historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku”, której autorem jest Marcin Owsiński, kierownik Działu Oświatowego Muzeum Stutthof, to pozycja popularnonaukowa. Bazuje na wielu nowych źródłach historycznych, jest też bogato ilustrowana. Stanowi pierwszy efekt prowadzonych od kilku lat w Muzeum Stutthof badań nad dziejami najnowszymi Żuław i polskiego powojennego Sztutowa. Publikacja pokazuje przede wszystkim bogate i różnorodne życie społeczne i gospodarcze Stutthofu w okresie jego zasiedlenia przez ludność narodowości niemieckiej. Dopiero na tym tle pokazano działalność niemieckiego obozu koncentracyjnego w latach 1939-1945, co sprawiło że Stutthof trafił do światowej historii.

Polecam więc dzisiejsze spotkanie w Elblągu  o godzinie 17:30. Na pewno będzie można podyskutować, zapytać, a może i zrozumieć.

Published in: on 3 Marzec 2015 at 12:59  Dodaj komentarz  
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 448 obserwujących.