Sama o sobie :-)

fot. John Sharp

Jestem
Zbieram
Tropię
Kocham

Te cztery słowa charakteryzują moje życie zawodowe. Mnie.

Jestem…

licencjonowanym przewodnikiem turystycznym i pilotem wycieczek.

I jako taki – mam dość szerokie uprawnienia – bo i na Gdańsk-Sopot-Gdynię, i Toruń, i dwa województwa: Pomorskie i Warmińsko-Mazurskie ( i wbrew wszelkim zasadom – piszę to z dużej litery – z Fascynacji i Miłości dla obu), i Zamek w Malborku, i Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, itd…itd… Jestem też pilotem wycieczek.

Mam uprawnienia Instruktora Przewodnictwa PTTK, szkolę przyszłych przewodników. Jestem członkiem państwowej komisji egzaminacyjnej (dla przewodników  miejskich i pilotów turystycznych) przy Marszałku Województwa Pomorskiego.

Zbieram… cegły.

Cegły gotyckie zazwyczaj, bo specjalizuję się w czasach Prus tak Krzyżackich jak i Królewskich. Zbieram cegły – bo potrafią opowiedzieć historię i sprawić, by mury odsłoniły tajemnice.

Tropię… Tutivillusa, co nie jest najłatwiejszym zadaniem, ale gwarantuje przygodę.  O Tutivillusie – piszę w innym miejscu.

Kocham… to co robię.

Poświęcając się przewodnictwu, zyskałam przywilej wstawania do pracy z przyjemnością. Bo to nie tylko zawód, to także powołanie. I hobby. Niewielu ludziom jest dany taki luksus. Prócz tego szkolę nowych przewodników; uczę czytać mury, obrazy i symbole; oprowadzam po miejscach serdecznych…

Zarażam pasją.

Prowadzę “dochodzenia” rodzinne, genealogiczne; trochę piszę, trochę też maluję, i niemal “nałogowo” robię zdjęcia.

A prywatnie?  Prywatnie jestem szczęśliwą osobą.

Gdańszczanka…

Published in: on 26 Sierpień 2009 at 21:22  Komentowanie nie jest możliwe  
Tags:

Z cylku Zaproszenia – Gdańsk – godziny otwarcia Oddziałów MHMG

Ważna informacja z MHM Gdańska

Godziny  otwarcia Oddziałów Muzeum Historycznego Miasta Gdańska:

Ratusz Głównego Miasta, Dwór Artusa, Dom Uphagena, Muzeum Poczty Polskiej
i Muzeum Bursztynu

Sezon letni w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska rozpoczyna się od 1 czerwca 2012 r i trwać będzie do 15 września 2012 r.

W czerwcu 2012 r wszystkie Oddziały Muzeum otwarte są dla zwiedzających od godziny 10.00 do 19.00, w niedziele od 11.00 – 19.00, poniedziałki (dni wolnego wstepu) od 11.00 - 15.00, wejście co 30 min.

W dniu 7 czerwca 2012 roku (Boże Ciało) – Muzeum bedzie nieczynne.

W Święto Wojska Polskiego i Wniebowzięcia Matki Boskiej przypadające 15 sierpnia 2012 r.(środa) – Muzeum będzie nieczynne.

Wartowni nr 1 na Westerplatte

W dniach 20 maja – 2 września 2012 roku oddział będzie otwarty dla zwiedzających każdego dnia tygodnia od godziny 9.oo do 19.oo, w dniach 3-30 września 2012 roku od godziny 9.00 do 16.00.

Oddział będzie również czynny w święta: 7 czerwca 2012 r. ( Boże Ciało) i 15 sierpnia 2012 r.

Twierdza Wisłoujście

Czynna  poniedziałek – niedziela 10.00 – 19.00 ostatnie wejście o godz. 18.30

Oddział będzie również czynny w święta: 7 czerwca 2012 r. ( Boże Ciało) i 15 sierpnia 2012 r.

Z cyklu Zaproszenia – Olsztyn – Warsztaty Bałtyjskie

Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie przysłało mi bardzo ciekawe zaproszenia na Warsztaty Bałtyjskie…

Ech… sezon w pełni i na pewno nie pojadę, a chętnie bym posłuchała opowieści o hipotetycznych śladach dziedzictwa kulturowego staropruskich Sasinów w okolicy reliktu ich dawnego grodu stołecznego.

Ale może ktoś z Szanownych Czytaczy będzie miał przysłowiową chwilkę, by zatrzymać się w biegu i przysiąść w sali muzealnej na prelekcję w dniu 31 maja, czwartek, godz. 18.00, Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie.

W biegu – z trasy – po drodze

Sezon “jeżdżony i biegany”.

No i nie da rady pisać. Może by i dało, ale do “robienia” trasy ustalonej dochodzi robienie trasy swojej, na tzw. “zaś”. No i przygotowywanie się każdorazowe do każdej wycieczki…

I nagle okazuje się, że brakuje czasu na czytanie dla siebie i na pisanie z sensem ;)

A tymczasem – nazbierało się wrażeń, oj nazbierało… Daruję sobie te prywatne i złośliwe, a skoncentruję się raczej na uwagach z trasy.

Przede wszystkim – Bristol. Wielki zawód. To zdecydowanie i na pewno już nie ta klasa z opowiadań o babcinych wizytach. No i to nawet już nie ten hotel z dzieciństwa, kiedy pachniał luksusem i wyjątkowością przy każdej wizycie w Polsce. Wtedy nie każdego było na niego stać, nie każdy też mógł tam mieszkać… A dzisiaj? hm… praktycznie żadna różnica (poza cenową) między tym, a innymi dobrymi hotelami. A śniadania? słynne śniadania? są niestety takie same, jak gdziekolwiek indziej. Chociaż – bekon mają bardziej spalony ;)

Co do reszty – zdecydowanie miłe zaskoczenie w gdańskiej Brovarni. Chyba zmieniono tam szefa kuchni, bowiem ryba wreszcie ma smak. I wreszcie nie jest wyprana. Ale aby ugruntować wrażenie – muszę zabrać tam jeszcze parę grup ;)

Częstochowa… Hm… no cóż, może kiedyś doczeka się hotelu z prawdziwego zdarzenia. Ale, tu również zmiana na lepsze ;) zeszłoroczny raban i pismo do centrali dał widać efekt… Miasto też zaczyna robić coraz lepsze wrażenie, jest coraz ładniejsze.

A co do całej reszty trasy – hm… Kraków jak zwykle tłumny i powala na kolana, Warszawa kolorowa i pełna ciekawostek, Toruń – jak zwykle zachwycający.

A jak na tle tych wielkomiejskich atrakcji wypada mój ukochany  Frombork?

Świetnie!

Kawa i ciastko w Wieży Wodnej, w miłej atmosferze, i z widokiem na Wzgórze Katedralne. To wszystko powoduje, że wszystkie moje grupy, bez wyjątku, są zachwycone Fromborkiem. Pomijam już samą katedrę czy muzeum, które ma świetną ekspozycję (wielka zmiana na PLUS). Tu całość (łącznie z Tolkmickiem, Suchaczem czy Kadynami) sprawia, że to tutaj moje grupy (i ja) znajdują odpoczynek. I co ważniejsze, to tutaj w końcu naprawdę rozumieją życie Doktora Mikołaja K. Ale też i tutaj łatwiej tłumaczyć sens roku 1945. A także to, co wydarzyło się potem.

To tyle… Następny raport z trasy – nie wiem kiedy :)

Zdjęcia zamieściłam  TUTAJ – bo na blogu zabrakło już miejsca :)

Z cyklu Zaproszenia – Malbork – Konferencja „X Muza a odbudowa i konserwacja zamku w Malborku”

Znalezione na blogu Stary Malbork – ot, taka gratka:

MUZEUM ZAMKOWE W MALBORKU ZAPRASZA NA PROJEKCJĘ FILMÓW O ZAMKU

Między innymi film „Pożar dachów w Zamku Średnim” ze zbiorów Filmoteki Narodowej w Warszawie będzie można obejrzeć podczas konferencji „X Muza a odbudowa i konserwacja zamku w Malborku”, na którą zaprasza mieszkańców Muzeum Zamkowe.

Konferencja „X Muza a odbudowa i konserwacja zamku w Malborku” odbędzie się 16 maja.
Rozpocznie się o godzinie 10 w zamkowym centrum Karwan.

W PROGRAMIE KONFERENCJI:

10.00 – otwarcie konferencji przez dyrektora Muzeum Zamkowego w Malborku Mariusza Mierzwińskiego

10.10 – „W znaku Marii. Symbolika monumentalnej figury Marii z Dzieciątkiem z Kościoła Zamkowego w Malborku” — dr Barbara Pospieszna

10.20 – „O ikonografii Kościoła Najświętszej Marii Panny na Zamku Wysokim w Malborku” — mgr Justyna Lijka

10.30 – „Wyposażenie Kościoła Najświętszej Marii Panny” — mgr Bartłomiej Butryn

10.40 – „Zniszczenia zamku w 1945 roku” — mgr Ryszard Rząd

10.50 – „Uwarunkowania konserwatorskie rewitalizacji Kościoła Najświętszej Marii Panny na Zamku Wysokim w Malborku” — mgr Mirosław Jonakowski

11.00 – 11.30 – dyskusja moderowana przez dra hab. Janusza Hochleitnera

11.30 – 11.50 – przerwa

11.50-12.30 – „X Muza w Malborku” – pokaz filmów archiwalnych przygotowany przez mgr Jolantę Justę

• „Pożar dachów w Zamku Średnim” — zbiory kronik filmowych z Filmoteki Narodowej w Warszawie

• „Odbudowa Kościoła Najświętszej Marii Panny na Zamku Wysokim” — film autorstwa Macieja Kilarskiego ze zbiorów Muzeum Zamkowego w Malborku

• „Sylwetka Macieja Kilarskiego i jego metoda badawczo-konserwatorska” — wywiad nagrany w 2003 roku, ze zbiorów Muzeum Zamkowego w Malborku

                          godz. 12.30-13 – dyskusja

Konferencja poprzedzi otwarcie nowej ekspozycji w Muzeum Zamkowym.

O godz. 16 rozpocznie się wernisaż wystawy młyna na Zamku Wysokim.

Konferencja i wernisaż Młyna są otwarte dla publiczności

Usprawiedliwienie

I znowu jak co roku – wpisuję usprawiedliwienie z sezonem w tle…

Dotychczas mogłam pisać chociażby w nocy, bo grupy miałam o tzw. przyzwoitej godzinie. Czyli po porannej kawie. Teraz już zaczynam “szlif bruków wszelkich” wcześnie – przed poranną kawą, więc chodzę spać niemal z kurami :)

Będę pisała albo nagrywała z tzw. marszu – ale na pewno nie regularnie – za co przepraszam …

Published in: on 7 Maj 2012 at 22:49  Dodaj komentarz  

Z cyklu Zaproszenia – Gdańsk – Dom Uphagena

Będzie ciekawie :)

30 maja 2012 czyli ŚRODA – Dom Uphagena – godz. 17.00.

Dr Dariusz Piasek (III LO Gdynia):

“Gdańsk na Żuławach – Żuławy w Gdańsku, czyli o związkach gdańsko – żuławskich w XVI-XVIII w.”

Z cyklu Zaproszenia – Gdańsk – wystawa w Ratuszu Głównego Miasta

Od 25 maja do końca września czeka nas ciekawe wydarzenie w Ratuszu Głównego Miasta Gdańska. Otóż otwarta zostanie wystawa”Citius- Altius- Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu.”

To dla mnie ważne wydarzenie, jako córki mistrzyni Polski w biegach narciarskich; ale ważne dla mnie także ze względu na wspomnienie o Leonie Krzeczunowiczu i Wandzie Czaykowskiej (Krzeczunowiczowej)…

Poniżej wklejam żywcem tekst ze strony Muzeum Historycznego Miasta Gdańska:

Citius- Altius- Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu.

Od 25 maja do 30 września w Ratuszu Głównego Miasta Gdańska obejrzeć można będzie wystawę “Citius- Altius- Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu”. Pretekstem do jej organizacji jest EURO 2012. Bohaterami będą jednak nie tylko piłkarze ale sportowcy oraz dyscypliny sportowe od czasów nowożytnych Igrzysk Olimpijskich, tworzący wielobarwną mozaikę sportowej mapy Pomorza, Warmii i Mazur.

Podstawą prezentacji będzie tu nie tyle narodowość – polska czy niemiecka – lecz miejsce, skąd ci sportowcy pochodzą lub gdzie swe sukcesy osiągali. Pokażemy ciągłość uprawiania sportu, ludzi i ich motywacje, porażki i sukcesy w czasach pokoju i wojny. Wspaniałe sale Ratusza Głównego Miasta staną się areną wspomnień o ludziach sportu, ponieważ zgodnie z ideą twórcy nowożytnych Igrzysk- barona Pierra de Coubertina- sport jest wspólną wartością ludzi różnych ras, religii, kultur, ustrojów politycznych i narodowości. Pokażemy bogatą i długą tradycję organizacji sportowych: m.in. Towarzystwa Gimnastycznego “Sokół”, Aeroklubu Gdańskiego czy Klubu Sportowego “Gedania”. Ideą wystawy jest pokazanie wartości kulturowej i siły ducha sportu – części ludzkiej kultury i aktywności.

Specjalne miejsce będą mieli zwłaszcza olimpijczycy z terenów objętych wystawą – zarówno polscy, jak i niemieccy. Będziemy mieli szczególną okazję przypomnieć takich sportowców jak Stefan Szelestowski, Jerzy Młynarczyk, Stanisława Walasiewiczówna, Karol Rómmel, Hans Woelke, Erwin Blask, Zygmunt Chychła, Bronisław Malinowski, Kazimierz Deyna, Zenon Plech, Andrzej Grubba, Leszek Blanik, Dariusz Michalczewski i wielu, wielu innych.

Wystawa stanie się okazją do spotkań z ludźmi sportu, którzy będą snuli swe opowieści i refleksje o sportowych pasjach.

Zapraszamy do śledzenia zapowiedzi wystawy o sporcie oraz do odwiedzenia nas od 25 maja. Szczegółowe informacje publikować będziemy na bieżąco tutaj i na naszym profilu na Facebooku oraz w wielu innych miejscach. Bądźcie z nami!

Kurator wystawy: dr Janusz Trupinda

Ważne to dla mnie wydarzenie, bo nie mam pamiątek sportowych po Matce. Zniszczyła większość, cierpiąc pod koniec życia na chorobę Alzheimera. Ocalało niewiele zdjęć. Ale jedno, z jej sportowych czasów zamieszczam, bo ładne.

A tak swoją drogą, czasem sobie przypominam te kilometry robione na biegówkach rano, przed pójściem do szkoły, i rzuty dyskiem, pod czujnym okiem lekkoatletycznej rodzicielki. A także przypominam sobie zaskoczenie pewnego naiwnego kretyna, który moją matkę zaczepił w ciemnym parku, chcąc jej zabrać torebkę… Nie miał biedak pojęcia, że ta subtelna “etykieta dworu hiszpańskiego” była … dyskobolką. :)

Prosto z Wiadomej Restauracji – z Wiadomego Zamku

Znalazłam taką wiadomość – wpisaną przez Bogdana Gałązkę na nieśmiertelnym (?) Facebooku:

Z Gothic Cafe nikt nie wychodzi głodny, ale jeśli macie ochotę zabrać ze sobą odrobinę naszych smaków lub podzielić się nimi z kimś, kto nie mógł akurat nas odwiedzić – mamy dla Was pyszne rozwiązanie.
Dla tych, którzy mają do nas chwilowo za daleko, lub nie mogą doczekać się odwiedzin w Malborku, przygotowujemy właśnie możliwość zamówienia sobie naszych łakoci w paczce, prosto do domu.

Nooooooooooooo, to dopiero rewelacyjna informacja!!!

Teraz można będzie zamówić do domu – między innymi – choćby owe słynne i absolutnie niebiańskie PRALINY Mistrza Gałązki !!

Na elegancki prezent!!!

Na każdą okazję :)

Ach, i te ich konfitury o smaku zupełnie domowym – jak u przysłowiowej babci…. Mniam…

W niedzielę wiozę grupkę na Zamek – więc na pewno wpadnę na lunch i … PRALINKĘ ;)

Z cyklu Ciekawe – Lech Słodownik o Szwajcarach w Elblągu

I kolejny ciekawy artykuł Lecha Słodownika – jaki w całości kopiuję z portalu NaszElbląg.pl

Wprawdzie od zarania dziejów Elbląga przeważającą część jego mieszkańców stanowili Niemcy, tym niemniej w mieście osiedlali się również przedstawiciele innych nacji, by wymienić wypędzonych Hugenotów z Francji, Szkotów i Anglików, mennonitów, protestantów wypędzonych z Salzburga w Austrii, Żydów, Polaków oraz Szwajcarów. 



Hotel Dwór Królewski na rogu ul. Krótkiej i Placu Słowiańskiego. Na prawo – wejście do pierwszej siedziby konsulatu Szwajcarii w Elblągu - Autor: archiwum Lecha Słodownika

Elbląg stanowił swoisty tygiel narodowościowy i kulturowy – ale w dobrym tego słowa znaczeniu. W dziejach miasta nie odnotowano jakiś głośnych waśni, animozji narodowościowych czy religijnych, a wręcz przeciwnie – wszyscy czuli się tutaj dobrze i na ogół szybko asymilowali się z miejscowymi. Po I wojnie światowej była w Elblągu krótko Agencja Polska (przejęta później przez Konsulat Polski w Kwidzynie) oraz działały konsulaty Danii, Estonii, Szwecji, Holandii i Szwajcarii.

W nowożytnych dziejach Elbląga Szwajcarzy odegrali niepoślednią rolę, więc parę słów na ten temat. Przed II wojną światową na terenie Niemiec mieszkało prawie 54 tys. Szwajcarów, z czego na terenie Prus Zachodnich i Wschodnich ok. 2 tys. Osadnictwo szwajcarskie w Elblągu, na Żuławach i innych terenach miało w większości charakter gospodarczy. Wg danych statystycznych ok. 60 % osadników szwajcarskich zaangażowanych było w produkcji serów, 30 % w przemyśle mleczarskim a ok. 10 % w innych dziedzinach gospodarki. Z tego powodu już w 1879 r. został otwarty w Królewcu pierwszy konsulat szwajcarski, który w 1920 r. został przeniesiony do Elbląga i był w tamtym czasie siódmym przedstawicielstwem Szwajcarii na terenie Niemiec.

Od 1.04.1939 r. konsulat w Elblągu reprezentował interesy Szwajcarów również z terenu Wolnego Miasta Gdańska oraz z Okręgu Kłajpedy. 
Do dzisiaj w bliższej i dalszej okolicy Elbląga zachowało się wiele mleczarni i serowni, które przed 1945 r. prowadzili z dużymi sukcesami Szwajcarzy. W Elblągu dużą serownię i skład serów szwajcarskich oraz tylżyckich prowadził przy Mühlendamm 52 i 53 (obecnie R. Traugutta) Heinrich Wüthrich, który miał ponadto zakłady w Adamowie, Wikrowie, Nowakowie, Nogatowie, we wsi Stobiec oraz na terenie Wolnego Miasta Gdańska.

Spośród elbląskich Szwajcarów kilku było elektromechanikami, inżynierami a nawet kaznodziejami. Wymienić trzeba m.in. wybitnego inżyniera Theodora Müllera, który był bliskim współpracownikiem F. Schichaua i K. Ziese. W Malborku i Królewcu działały stowarzyszenia skupiające Szwajcarów.


Pierwszym konsulem honorowym Szwajcarii w Elblągu został 10.12.1920 r. Ernst Stucki, który urzędował początkowo w biurze przy Placu Fryderyka Wilhelma 18 (obecnie Plac Słowiański) obok hotelu „Dwór Królewski”, a następnie przy Alei Grunwaldzkiej 45, w masywnym, secesyjnym budynku z przełomu XIX/XX w. Z początkiem września 1943 r. został przemianowany w konsulat zawodowy. Po 1945 r. znajdowała się tutaj pierwsza siedziba elbląskiego starostwa powiatowego.


Konsul E. Stucki będąc już dosyć nobliwym wieku, poślubił latem 1944 r. w kościele NMP młodą elblążanką, swoją gosposię i na początku 1945 r. wyjechał do Szwajcarii. Zastępował go wicekonsul Karl Brandenburger, którego wspomnienia z walk o Elbląg i pierwszych powojennych miesięcy 1945 roku stanowią niezwykle cenne źródło historyczne do poznania tamtego ponurego i tragicznego okresu. Elbląscy Szwajcarzy kierowali się wówczas dosyć naiwnym przekonaniem, że ich ta wojna nie dotyczy a czerwonoarmiści uszanują szwajcarskie paszporty. Wkrótce okazało się, że „wsypani do jednego wora” z Niemcami byli podobnie traktowani. Obrabowano ich z wszelkiego dobytku, paszporty oraz listy ochronne porwano (ZSRR nie miał wówczas żadnych kontaktów dyplomatycznych ze Szwajcarią) i internowano w piwnicy budynku przy Lessingstraße (w latach 1975 – 1999 siedziba Urzędu Wojewódzkiego).

Stopień ich naiwności obrazowały m.in. takie fakty jak wywieszane na domach flagi Szwajcarii lub zamieszczane napisy w rodzaju: „Ten dom jest własnością obywatela Szwajcarii. Pod groźbą kary zabronione jest jakiekolwiek jego uszkadzanie lub niszczenie”. Szwajcarzy nie zdawali sobie sprawy, że dla sowieckich kul, bomb oraz krasnoarmiejców jest to wszystko ganz egal /wsio rawno! Nie polepszyła ich losu także bezpośrednia rozmowa K. Brandenburgera z sowieckim generałem G. I. Anisimowem.

Czy obecnie są jakieś ślady pobytu pracowitych i zaradnych Szwajcarów w Elblągu i okolicy? Oczywiście tak. Jest to zachowany budynek konsulatu, zabudowania nieczynnych już serowni, mleczarni oraz funkcjonujące wśród starszych ludzi takie określenia słowne jak „szwajcar”, „ober-szwajcar”, czy „wyglądasz jak szwajcar” etc. Odnoszą się one do nie istniejącego już zawodu mleczarza zajmującego się udojem krów, obrządkiem przy świniach, który nie zawsze schludnie wyglądał i niezbyt zachęcająco „pachniał”. W Elblągu przy ul. Sadowej/Bema znajduje się stosunkowo dobrze zachowany cmentarz, gdzie chowano Szwajcarów z miejscowej protestanckiej gminy reformowanej. Już kilkanaście lat mieszka w naszym mieście Brigida Strazzer-Gawron, która znalazła tutaj swoją drugą – szczęśliwą ojczyznę i jest powszechnie akceptowana przez tubylców.

Niestety, nie ma już żadnych przedstawicielstw dyplomatycznych, chociaż… niektórzy mówią, że naprzeciwko dawnego konsulatu Szwajcarii przy Alei Grunwaldzkiej 45 mamy od 1995 r. amerykańską ambasadę, czyli… restaurację McDonalds!

Lech Słodownik



Koń Sobieskiego…

… “Koń jaki jest – każdy widzi”.

Niestety, ksiądz dobrodziej widać nie przewidział, że jednak NIE każdy ;)

Otóż…

Stoi sobie pomnik w Gdańsku: król Sobieski siedzi na koniu. Koń cudny. Król nieco mniej, ale że przecież był w swoisty sposób związany z Gdańskiem, to sobie jest. Tym bardziej, że jak mało co w Moim Mieście – skwer na Targu Drzewnym udał się zarządzającym miejską zielenią…

I tak sobie ten pomnik stał spokojnie, do momentu, aż 12 lat temu poszłam na kurs przewodnicki. Jak na każdym kursie – i my mieliśmy serię obejść miasta z instruktorami. Któraś z kolei nasza trasa wiodła obok pomnika. Instruktor do znudzenia wymieniał daty bitew wszelkich, w których brał (czy nie) udział Jan Sobieski, zupełnie nie zauważając KONIA. Nie wytrzymałam i zadałam pytanie. Pytanie o rasę owego konia.

Dopuszczam odpowiedź “nie wiem”. Absolutnie jednak nie dopuszczam odpowiedzi: “a cóż to za pytanie??” czy co gorsza: “ale to nie ważne”… A to właśnie usłyszałam na moje pytanie.

Zawzięłam się. Nie dość, że właśnie dlatego postanowiłam być innym przewodnikiem, niż autor błyskotliwych odpowiedzi, ale jeszcze postanowiłam sama sobie znaleźć odpowiedź prawidłową.

“A po co ci to?” “Nikt nigdy o to nie pyta” słyszałam dokoła. Nie wiedziałam jeszcze po co mi to. Ale tak na wszelkie wypadek zabrałam się za poszukiwania, wychodząc z założenia, że skoro sama jestem dociekliwym turystą – to mogę trafić na kogoś z podobnym podejściem… Wtedy byłam dopiero na kursie i nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to ważne i jak bardzo prawdopodobne.

Za poszukiwania zabrałam się u źródeł, czyli we Lwowie. Zadzwoniłam wprost do dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Lwowa. Tam niczego konkretnego nie dowiedziałam się od pana dyrektora , bowiem konwersacja nam się rozbiła o… rodzinę. :)

Nie zrażona tym wcale, rzuciłam się w wir poszukiwań. Niczym Koziołek Matołek już przeze mnie cytowany, zaczęłam od… Wilanowa. Wszak tam czas jakiś stał ów cudny koń. Niestety poraziła mnie identyczna odpowiedź, jaką usłyszałam od przewodnika na kursie. Noooo, gratulacje za podejście do tzw. sprawy… Zwróciłam się ku swoim – i w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta uzyskałam wiele cennych wskazówek od zawsze i niezmiennie życzliwego dra Jerzego Kuklińskiego… Zwróciłam się także do paru znanych stadnin polskich. Wszędzie uprzejmie mnie wysłuchiwali, nie dziwili się ani nie wystraszyli (w przeciwieństwie do Wilanowa). Wszędzie kazali dokładnie opisać konia, po czym okazywało się, że nijak nie pasuje do tam hodowanych. Aż w końcu w Janowie Podlaskim odesłali mnie do Rzecznej… Tam zaś, po stanowczym odrzuceniu wersji z trakenem w roli głównej, odesłano mnie do… Radosława Sikory, autorytetu i eksperta od husarii, autora szeregu publikacji na temat wojskowości XVII wieku. Że też nie wpadłam na to wcześniej!!! Przecież mam przyjemność go znać z czasów arcyciekawego projektu Jakuba Pączka – czyli z czasów strony o JOX Jaremie Wiśniowieckim. Napisałam więc do eksperta i zanim otrzymałam od niego wyczerpującą odpowiedź, najpierw dostałam taki cytat:

Koń turek, chłop Mazurek, czapka megierka, szabla węgierka

Szperając dalej, zachęcona korespondencją z Radkiem i wskazówkami Pana Kuklińskiego, znalazłam mnóstwo informacji. No, ale teraz wiedziałam czego szukałam i jak szukać. ;)

Między innymi, taki cytat mi kiedyś wpadł w oko:

Często sięgano po domieszki ras wschodnich, gdyż powszechnie uznawano, że najlepsze są “Koń turek, chłop Mazurek, czapka magierka, szabla węgierka”. Większość koni kawaleryjskich były to produkty krajowe, uszlachetniane “turkami” właśnie, czyli końmi anatolijskimi, perskimi, turkmeńskimi, kurdyjskimi, krymskimi, kaukaskimi i arabskimi włącznie. Rzadko widoczna była domieszka cięższych koni. Konie husarskie, choć miały być nieco cięższe i roślejsze niż dla “lżejszych znaków”, musiały ważyć niewiele tylko ponad 500 kg. Dźwiganie jeźdźca z uzbrojeniem i wyposażeniem dla Konia lżejszego byłoby trudnym zadaniem, zaś koń ciężki nie posiadałby by wymaganej zwrotności i szybkości. Konie zwane wówczas polskimi stanowiły zatem tak naprawdę swoisty melanż genetyczny. Przy tym jednak miały swoją urodę – we wspomnieniach i anegdotach o Janie III Sobieskim Francois Paul d’Alerac miał pisać: “Siedzi ta jazda na najpiękniejszych koniach w kraju”. Ze względu na urodę ceniono też w Polsce hiszpańskie dzianety, jednak miały one niewielki wpływ na hodowlę konia “polskiego”

Odtrąbiłam więc rozwiązanie zagadki, która to zajęła mi nieco życia. Wtedy bowiem jeszcze pracowałam na tzw. posadzie i nie zawsze miałam możliwość korzystania z internetu, a sama nie miałam jeszcze komputera w domu.

;)

Po paru latach, już jako przewodnik, oprowadzając właścicieli słynnych stajni “Skądś-Tam”, zaprosiłam moich panów na spacer. Nasza trasa wiodła nieopodal pomnika. I nagle dotychczas dystyngowani panowie, jak jeden – dosłownie zachłysnęli się zachwytem na widok Konia Sobieskiego. Już ich lubiłam! Króla jegomościa nawet nie zauważyli :)

Kiedy padło TO pytanie, pomyślałam, że mój instruktor z kursu chyba powinien w tym momencie mieć potężną czkawkę, gdziekolwiek wtedy był i cokolwiek robił. :D

Od tego czasu – ilekroć mam jakiś “orzech do zgryzienia” czyli – zagwozdkę – nazywam to Koniem Sobieskiego.

A propos konia… ciekawe, czy w końcu w tym irracjonalnym współczesnym pędzie do stawiania pomników wszystkim i za wszystko (uszczęśliwiając nas koszmarnymi projektami) -  powstanie wreszcie zasłużony pomnik konia w Gdyni, planowany przecież już przed wojną?

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.