Sama o sobie :-)

fot. John Sharp

Jestem
Zbieram
Tropię
Kocham

Te cztery słowa charakteryzują moje życie zawodowe. Mnie.

Jestem…

licencjonowanym przewodnikiem turystycznym i pilotem wycieczek.

I jako taki – mam dość szerokie uprawnienia – bo i na Gdańsk-Sopot-Gdynię, i Toruń, i dwa województwa: Pomorskie i Warmińsko-Mazurskie ( i wbrew wszelkim zasadom – piszę to z dużej litery – z Fascynacji i Miłości dla obu), i Zamek w Malborku, i Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, itd…itd… Jestem też pilotem wycieczek.

Mam uprawnienia Instruktora Przewodnictwa PTTK, szkolę przyszłych przewodników. Jestem członkiem państwowej komisji egzaminacyjnej (dla przewodników  miejskich i pilotów turystycznych) przy Marszałku Województwa Pomorskiego.

Zbieram… cegły.

Cegły gotyckie zazwyczaj, bo specjalizuję się w czasach Prus tak Krzyżackich jak i Królewskich. Zbieram cegły – bo potrafią opowiedzieć historię i sprawić, by mury odsłoniły tajemnice.

Tropię… Tutivillusa, co nie jest najłatwiejszym zadaniem, ale gwarantuje przygodę.  O Tutivillusie – piszę w innym miejscu.

Kocham… to co robię.

Poświęcając się przewodnictwu, zyskałam przywilej wstawania do pracy z przyjemnością. Bo to nie tylko zawód, to także powołanie. I hobby. Niewielu ludziom jest dany taki luksus. Prócz tego szkolę nowych przewodników; uczę czytać mury, obrazy i symbole; oprowadzam po miejscach serdecznych…

Zarażam pasją.

Prowadzę “dochodzenia” rodzinne, genealogiczne; trochę piszę, trochę też maluję, i niemal “nałogowo” robię zdjęcia.

A prywatnie?  Prywatnie jestem szczęśliwą osobą.

Gdańszczanka…

Published in: on 26 Sierpień 2009 at 21:22  Komentowanie nie jest możliwe  
Tags:

Dzień wolny :)

Dzisiaj wreszcie miałam pierwszy dzień wolny od niemal 2 miesięcy. Spędziliśmy go rodzinnie, zaczynając tradycyjnie od wyśmienitego (mało powiedziane!) – królewskiego śniadania w Gothic Cafe w Malborku :)

Potem zaś tradycyjnie wracaliśmy do domu “na skróty” czyli przez Klecie, Kławki (tragiczny widok – za coś takiego służby nie-stosowne powinny być karane chłostą), Szaleniec (cmentarz zarośnięty chaszczami niemal po kolana), Stalewo, Zwierzno, Markusy, Żółwiniec – aż do gospody Trzy Róże, którą to pamiętam z opowieści mojego Taty. Potem groblą nad Jeziorem Druzno dotarliśmy do Tropów Elbląskich, a dalej wpadliśmy w głęboką depresję ;) w Raczkach. Cmentarz w Różewie (Rosenort) jak zwykle wprawił nas w zadumę nad podwójną moralnością (czy raczej hipokryzją) “nie-pamięci”…

TUTAJ parę zdjęć ze skrótów żuławskich…

Dzień wolny – spędzony na jedzeniu, rodzinnie, i na włóczędze po miejscach serdecznych – uważam za nader udany :D

Published in: on 2 Czerwiec 2013 at 21:25  Dodaj komentarz  

A wczoraj…

… znowu wskoczyłam w moją ULUBIONA KIECĘ do oprowadzania po Mieście Moim.

Miasto było zalane słońce i turystami, uśmiechy na twarzach raz jeszcze udowodniły, że dawna decyzja o oprowadzaniu w stroju – się sprawdza ;)

Jedynie wiatr bardzo stanowczo usiłował dociec konstrukcji mojej sukni, a także zerwać mi kapelusz z głowy… Dwie ręce  nie zawsze wystarczały. Kapelusz, kieca, gadanie, i walka o zapobieżenie zawinięcia się kiecy wokoło głowy … Było wesoło :D

Jakoś tak od lat – kiedy tylko zakładam tę akurat kiecę – zrywa się wiatr – chyba trzeba złożyć stosowaną skargę :)

 

Published in: on 31 Maj 2013 at 11:38  Komentarze (6)  

Z cyklu Zaproszenia – Kupiec gdański to…

Oto wiadomość z Muzeum Historycznego Miasta Gdańska – warto zarezerwować sobie czas, bo będzie ciekawie !!!

Zagadka rozwiązana! Kupiec gdański to…

Już wiemy, ale nie powiemy. Aż do wtorku, 16 kwietnia do godz. 12.00.

Tego dnia w Wielkiej Hali Dworu Artusa ujawnimy tożsamość Kupca gdańskiego, unikatowego portretu pędzla Louisa Sy, który w styczniu wzbogacił zbiory Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, dzięki hojności donatora, Browaru Amber.

Zakup tak cennego obrazu, doskonale wpisującego się w kanon zbiorów malarstwa pozyskiwanych przez naszą instytucję, jak i wiele mówiącego o wciąż mało znanej, lecz fascynującej historii XIX-wiecznego Gdańska był znaczącym wydarzeniem na historycznej i kulturalnej mapie naszego miasta.

„Kupiec gdański” pędzla Louisa Sy mógł trafić do MHMG dzięki „połączeniu sił” muzeum i Browaru Amber. W wyniku współpracy obu podmiotów na rynek trafiła nowa marka piwa – Johannes. Część przychodu ze sprzedaży piwa warzonego tradycyjną metodą przeznaczamy właśnie na zakup muzealnych eksponatów.

Od początku fascynowało nas, kim jest przedstawiony na portrecie mężczyzna – mówi Adam Koperkiewicz, dyrektor MHMG. - Czuliśmy, że podobnie jak Louis Sy, autor obrazu, uwieczniony na portrecie mężczyzna był znaczącą postacią w życiu XIX-wiecznego Gdańska.

Dzięki pracy badawczej Krystyny Jackowskiej z Polskiej Akademii Nauk Biblioteka Gdańsk, Członka oddziału gdańskiego Stowarzyszenia Historyków Sztuki, wiemy już kogo przedstawia portret!

Rozwiązaniem zagadki Kupca gdańskiego pragniemy podzielić się we wtorek, 16 kwietnia, o godz. 12.00 w Wielkiej Hali Dworu Artusa w Gdańsku, w czasie prezentacji Kupiec Gdański. Tożsamość odkryta.

Osobę kupca, a także Louisa Sy przedstawi p. Krystyna Jackowska. Jeszcze przed oficjalną prezentacją, uchylimy rąbka tajemnicy zdradzając, że zarówno „nasz” kupiec jak i autor obrazu dobrze się znali, a ten pierwszy świetnie poruszał się nie tylko po ówczesnych gdańskich, ale i europejskich salonach…

Serdecznie zapraszamy!

Szczegóły: Dorota Witkowska, dział sztuki MHMG, tel. 0 512 418 752

O donatorze obrazu słów kilka:

Browar Amber od momentu powstania prowadzi aktywne działania promujące region. Dzięki rodzinnej pasji oraz oryginalnym, tradycyjnym recepturom w Browarze Amber powstają niepowtarzalne, regionalne produkty, znane od lat wielbicielom dobrego piwa. Kiedy rok 2011 ogłoszono rokiem Jana Heweliusza, Browar Amber, by przypomnieć wybitnego astronoma, ale przede wszystkim, wielkiego piwowara, wprowadził na rynek piwo Johannes. „Działamy od niespełna 20 lat, lecz czujemy się spadkobiercami wielowiekowych tradycji gdańskiego browarnictwa” – mówią przedstawiciele Browaru Amber – „jesteśmy bardzo mocno związani z regionem, dlatego nie możemy skupiać się w swojej działalności wyłącznie na wątkach ekonomicznych” – dodają.

Powstanie marki Johannes było wspólną inicjatywą Browaru Amber i Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Część przychodu ze sprzedaży piwa jest przeznaczana na zakup eksponatów do muzeum. Johannes to jasne piwo o pełnym i dojrzałym bukiecie, warzone tradycyjną metodą. Swój esencjonalny smak zawdzięcza długiemu leżakowaniu i wysokiemu poziomowi ekstraktu (14,5%), który zapewnia bardzo wyraźny smak. Łagodna goryczka i silne słodowe nuty sprawiają, że Johannes jest piwem wyjątkowym.

Published in: on 12 Kwiecień 2013 at 14:41  Dodaj komentarz  

Z cyklu Zaproszenia – wykłady w Domu Uphagena

Już 27 marca o godzinie 17:00 w gdańskim Domu Uphagena (ul. Długa 12), można będzie się doweidzieć, Czy Gdańszczanie zbudowali pół miasta na wodzie.

A potem – następny niezmiernie ciekawy wykład (co nie dziwi zważywszy osobę prelegenta) odbędzie się w dniu 24 kwietnia.

To także środa (jak zwykle zresztą) a i godzina ta sama co zawsze – 17:00.

Tematem będą “Gospodarcze podstawy konfliktu między wielkimi miastami pruskimi a zakonem krzyżackim w XV w.” A opowie o nich prof. Roman Czaja

Kto chce zaplanować sobie każdą ostatnią środę miesiąca, niech zerknie TUTAJ. Tym bardziej, że wstęp wolny, i tematy ciekawe.

Oliwskie refleksje

W ramach szukania tematów zastępczych (do końca tłumaczenia mam wciąż 105 stron), skorzystałam dzisiaj z okazji, i pojechałam na szkolenie do katedry w Oliwie. Lubię katedrę, bardzo lubię. To jest jedno z tych miejsc, które samo mówi. Pod warunkiem jednak, że się je lubi. ;)

Idąc dzisiaj przez jeszcze wcale nie wiosenny park oliwski, przypomniałam sobie, jak polubiłam katedrę… Sympatia i przede wszystkim zrozumienie tego niełatwego kościoła pojawiły się dopiero jakieś 11 lat temu, czyli – kiedy zostałam przewodnikiem. Zanim to nastąpiło, musiałam to miejsce jakoś oswoić. No, bo JAK oprowadzać po tym, czego się nie lubi??? Mam takich parę miejsc nielubianych i tam po prostu nie jeżdżę; odmawiam tam wycieczek, bo nie chcę oszukiwać moich grup.

Ale Oliwa? Nie wypadało tu nie bywać z grupami.

Nie miałam pomysłu na katedrę. Aż w końcu pojechałam tam któregoś poranka. Zwlokłam się rano, skoro świt, i przed drzwiami katedry byłam już o 6:30. Słońce wschodziło, a może już wzeszło, nie pamiętam, ale świeciło i nawet było ciepło. Zostałam wpuszczona do prezbiterium. Szukałam jakiegoś powodu do polubienia tego kościoła, czegoś, co by mnie przekonało, że tu warto… I wtedy odwróciłam się w stronę organów. “Świeże” poranne słońce grało kolorami przez wschodni witraż rzucając plamy światła po całym wnętrzu, i do tego, organista właśnie rozpoczął ćwiczenia przed wieczornym koncertem.

Przez moment stałam wsłuchana w poranne dźwięki tak organów, jak i sprzątania kościoła, szurania ławkami, kubłami z wodą, wszystkiego tego, czego potem w trakcie oprowadzania się już nie słyszy, nie zauważa. Usłyszałam życie. :)

Od tego momentu LUBIĘ katedrę, bardzo lubię. :)

A jeszcze od kiedy zaczęłam zgłębiać życie zakonne, wiem co opowiadać moim gościom, by w tych murach (pięknych, ale bez ludzi, którzy je budowali) słyszeli życie zakonne, żeby Te Deum trzeciomajowe (1660 roku) nie było dla nich pustym zapisem historycznym.

Oto co “ustrzeliłam” w katedrze (nie tylko podczas dzisiejszego szkolenia)….

Kolory wody – marzec

Do wiosny pozostało tylko 18 dni. Na dodatek dzisiaj jest niedziela, pełna słońca i wiatru – a więc aż się prosiło, by wziąć aparat i potowarzyszyć Dziecku Młodszemu podczas jego szaleństw na SKIMIE. :) Przy sposobności “wpadły mi w obiektyw” kolory wody. Jak zwykle – przy takiej okazji – zachwyca mnie zmienność kolorów Zatoki Gdańskiej. Ale już o tym już było TU i ÓWDZIEwięc teraz wklejam kolejne ZDJĘCIA WODY w słońcu. Tradycyjnie kończąc słowem: lubię! :)

Bezławki – wspaniały suplement

Bardzo ciekawą informację dostałam w komentarzu do mojego poprzedniego wpisu o Bezławkach. Z przyjemnością wklejam w całości, bowiem rzadko się zdarza, żeby twórca sam udostępniał materiał, w który włożył tyle pracy. Tym bardziej to cenne.

Udostępniam więc z dumą i radością, cytując dosłownie:

Mamy przyjemność powiadomić Państwa, że na zlecenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Narodowego Instytutu Dziedzictwa i Fundacji Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego, na podstawie badań archeologicznych prowadzonych przez dr Arkadiusza Koperkiewicza z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Gdańskiego, Adam Michel z Michel Design z Gdańska wykonał wizualizację/animację 3D pokazującą kościół/zamek w Bezławkach koło Kętrzyna.

Film wykonano uwzględniając zagadnienia dotyczące archeologii i historii architektury pod okiem naukowców/konsultantów w tych dziedzinach.

W tej chwili trwają jeszcze ustalenia nad ostateczną, 15 minutową wersją animacji, ale już w tej chwili mogą Państwo oglądać skrócona wersję klikając tu: https://vimeo.com/60651520

Zapraszam do wykorzystywania tego materiału w prasie, blogach i innych stronach internetowych.

Jeśli mają Państwo pytania to chętnie odpowiem.

Z poważaniem.

Adam Michel

 

Toruńskie tematy zastępcze… Von Soest

Jak zwykle, kiedy mam jakąś terminową robotę, pojawia się temat z cyklu zastępczych. I tak było i tym razem – tłumaczenie czeka, a ja śledzę ciekawą rodzinę ze średniowiecznego Torunia ;)

Jak zwykle pomógł przypadek.

Otóż na nieśmiertelnym Facebooku jest strona pt. Medievalists.net. Bardzo ciekawe miejsce w sieci, bowiem publikują wiele materiałów i artykułów o średniowieczu, normalnie niedostępnych, albo trudnych do znalezienia. No i dzisiaj właśnie, będąc w ferworze tłumaczenia (z terminem do lipca), przeczytałam ich wpis o Johannesie von Soest, niemieckim śpiewaku, kompozytorze i pisarzu żyjącym w latach 1448–1506. Nie, żebym z premedytacją szukała tematów zastępczych… ;)

W głowie natychmiast mi się zapaliło przysłowiowe czerwone światełko.

Von Soest!!!

Ileż to razy dokonywałam cudów, by nie „zwichnąwszy” sobie głowy, zajrzeć za ambonę do prezbiterium. Tak, by zobaczyć słynną płytę nagrobną von Soestów. Ale mimo całego mojego zainteresowania płytą – małżonkowie pozostawali dla mnie pustym wpisem w historii.

Aż do dzisiaj, kiedy to nagle nazwa Soest otworzyła się dla mnie wieloma informacjami.

Sam Johann von Soest był jednym z wielu jacy przybyli do Prus z Westfalii w czasach średniowiecza. Został mieszczaninem toruńskim. Był kupcem, i rajcą na dodatek, a także czas jakiś burmistrzem Starego Miasta Torunia. Mógł więc sobie pozwolić na zamówienie okazałej płyty nagrobnej najprawdopodobniej w Brugii. Mógł tego dokonać podczas swego tam pobytu w roku 1356 (pełnił bowiem funkcję Starszego kantoru hanzeatyckiego). Albo kiedykolwiek, jako, że Flandria w owych czasach słynęła z tego typu produkcji i wytwory tamtejszych rzemieślników czy może raczej już artystów, eksportowane było m.in. do Anglii, czy północnych Niemiec. Płyty nagrobne, tak jak i miejsca pochówków zamawiano zawsze za życia, raz, by zapewnić sobie godne miejsce, a dwa, by sprawdzić jakość wykonania, no i wreszcie by oszczędzić rodzinie zachodu. Tak, by mogła skoncentrować się potem już tylko na, stosownym do statusu społecznego, pochówku. I Johann nie był tutaj wyjątkiem.

Johann, jak wspomniałam, status społeczny miał wysoki.

Żonaty był z chełmińską burmistrzanką – Małgorzatą von Herricke, córką Thydemanna i zamieszkiwał przy dawnej Św. Anny (dzisiaj ulica Kopernika). To w średniowieczu była bardzo prestiżowa ulica biegnąca od Fary staromiejskiej (dzisiejsza katedra św. Janów) do Bramy Starotoruńskiej (brama zachodnia – rozebrana w połowie XIX wieku). Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, bowiem obecnie ulica stanowi niejako zaplecze obecnego Rynku Starego Miasta. Ale kiedyś rynek znajdował się tam gdzie Święci Janowie.

Jak wysoko ceniony był w mieście Johann, niech świadczy fakt, iż w roku 1356, reprezentował Toruń na zjeździe w Lubece (wraz z innym rajcą – Dittmarem Räuberem). Zjazd ów uważa się czasem za formalne i oficjalne powstanie Hanzy niemieckiej.

Płyta nagrobna małżonków von Soest u Św. Janów, jest przedmiotem naukowych dywagacji od dawna – a że stanowi okaz wyjątkowej urody, no i że jest jedyna taka w Toruniu – warto by było, by zarząd kościoła pomyślał o udostępnieniu jej zwiedzającym… Niegdyś płyta posadowiona była w posadzce prezbiterium Fary. Od wieku XIX bodaj – znajduje się w ścianie tegoż.

Sam Johann przysłużył się farze bardzo jako dobrodziej, kiedy to po wielkim pożarze, jakiemu uległo i miasto i kościół, w nocy 10 sierpnia 1351, ufundował elementy wyposażenia do fary. Zmarł w roku 1361. Żona wzmiankowana jest jeszcze w roku 1363, zaś potomkowie w roku 1397. W roku 1364 dwaj bracia von Soest, Piotr i Tylman dostają od Wlk. Mistrza Winrycha von Kniprode potwierdzenie rycerskiej własności wsi Wypczik (Wybcz – 11,5 km na zachód od Chełmży.

 I właściwie tyle wiem o „moim” toruńskim panu von Soest. Jednakże wiedzę o przybyszach z Westfalii do Prus znakomicie wzbogaca ciekawy artykuł. A do informacji o Soestach – znakomicie nadaje się wzmianka o malarzu Konradzie von Soest (ach, ten jego słynny Brillenapostel z ołtarza z Bad Wildungen!!!), zwanym twórcą szkoły westfalskiej.

W ten sposób przekopałam informacje o Toruniu, tudzież o nazwisku Soest (dodam, że samo Soest to miasto w Nadrenii-Północnej Westfalii, z około 48,5 tysiącami mieszkańców)…

I uznałam, że hasło „Soest”, jako temat zastępczy znakomicie spełniło swoją rolę…

Z cyklu Chwalę się… po japońsku.

A co tam, to nic, że słowa z tego nie rozumiem, najważniejsze, że mocno przyczyniłam się do powstania magazynu mocno i z sympatią promującego Polskę w Japonii.

Kiedy odebrałam z lotniska troje dziennikarzy pewnego prestiżowego wydawnictwa – słońce zaświeciło, i nagle zrobiło się naprawdę pięknie. Mimo, że ich bagaże krążyły gdzieś po świecie między Japonią a Polską, a oni sami byli wyraźnie zmęczeni, moi goście nie chcieli wcale odpoczywać, ani nawet niczego zjeść. Chcieli od razu “w miasto”… Zresztą “rozkład zajęć” jaki nam ułożyło MSZ mieliśmy niezmiernie napięty, więc nie było wiele czasu. Ale mimo tego moi goście co jakiś czas przypominali mi, że obiecałam im pokazać świetne miejsce do “zdjęcia” panoramy miasta.

Kiedy już po wszystkich spotkaniach, grubo po zachodzie słońca zawiozłam ich na Szafarnię, a potem na Ołowiankę, tak, by stojąc koło spichlerzy mieli dobre ujęcia, samej mi się spodobało to, co ujrzałam. Wieczorne zdjęcia z tego miejsca moi goście też robili, i w magazynie znalazło się jedno szczególnie piękne. Na pożegnanie wymieniliśmy wizytówki i dostałam obietnicę egzemplarza owego wydawnictwa.

Tak więc kiedy wczoraj listonosz przyniósł dużą kopertę zapisaną po japońsku ucieszyłam się, że skończyli już edycję. W magazynie kryła się niespodzianka, bowiem moi goście zamieścili także moje zdjęcie. Stąd wpis w cyklu “Chwalę się”.

Siódme Niebo…

Kupiłam sobie książkę.

(Akurat w moim przypadku to żadna nowość, bo powszechnie wiadomo, że prędzej zaoszczędzę na jedzeniu, niż na książkach… ;) )

No – ale do rzeczy…

Książka ma tytuł: Rośliny Biblijne i została wydana w roku 2008 przez Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita SA, na kredowym papierze, starannie, z cytatami i barwnymi zdjęciami dzieł sztuki.

Autorka – Ilona Wiktoria Lengiewicz, botanik zresztą, opisując “chwasty wszelkie”, sięgnęła nie tylko do Biblii, ale też do innych kultur – by wytłumaczyć dotychczas niewytłumaczone, czy niezrozumiałe. Robi to nie urągając ambicjom czytelnika, jednocześnie pozwalając mu odkrywać znaczenie po swojemu – za pomocą cytatów literackich jakie zamieszcza tu i ówdzie w wątku.

Sentencje filozoficzne, jakie umieszczono w tekście – nie nużą, a zmuszają do refleksji. Chce się tę książkę czytać, cytować, mieć na tzw. widoku.

Każdemu się przyda, ale dla przewodników to lektura niezbędna, wręcz obowiązkowa ;) Ja dzięki tej pięknie wydanej książce odkryłam znaczenie powiedzenia “Siódme Niebo” :)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 31 other followers