Ja jak zwykle o pierogach. W Toruniu. Ale nie będzie o tych ze znanych Pierogarni.
Tu będzie o pierogach z Pierogarni pod Blaszanym Kotem.
Tego dnia żar z nieba lał się niemożebny. Jeśli już JA twierdzę, że było gorąco, to naprawdę tak było.
Nie chciało mi się iść ani na Most Pauliński, ani na Łazienną. Po całym dniu jazdy i sumiennym oprowadzeniu po Toruniu, nie chciało mi się już nigdzie ruszać z Rynku Staromiejskiego. Umówiłam się z grupą za dwie godziny przy żabach, i ani mi się śniło w tym morderczym upale lecieć szukać jedzenia.
Przypomniałam sobie, że już kiedyś jadłam Pod Blaszanym Kotem, (bodaj podczas przygotowywania się do egzaminu, czy już po – nieważne) i zapamiętałam, że było smacznie, więc tam postanowiłam zjeść mój lunch.
Kiedy grupa pytała mnie o “smaczne miejsca” w pobliżu, zaznaczyłam każdemu na jego mapce restauracje i bary, które kiedykolwiek odwiedziłam i uważałam, że moi wycieczkowicze mogliby tam zjeść dobrze i w miarę szybko…
Ale, że parę osób z grupy zaciekawionych gdzie ja jem – poszło za mną, to wkrótce w malej salce zrobiło się dość tłoczno. Złożyliśmy zamówienie. I po jakimś czasie podano nam nasze dania.
Pomna mojego doświadczenia w Elblągu, tutaj zamawiam małą porcję. Pierogi są wszakże mniejsze niż w elbląskim Alibi, i na małą porcję wchodzi bodaj 8 pierogów.
Przyznam, że tutaj zawsze mam ochotę wylizywać talerz. A to ze względu na sosy. Nie wszystkie sosy lubię, i mam swoje ulubione smaki. Tu akurat sosy na szczęście są dobre. No i oczywiście do pierogów nie mogło zabraknąć okrasy z boczkiem ani tłuszczu z cebulką.
Więc – przy wizycie w Toruniu, i zakupach piernikowych, nieopodal Dworu Artusa – warto przejść dalej – w stronę Łuku Cezara i zajść na pierogi Pod Blaszanego Kota.